Biblioteka · Opowieści
Exodus
Podróż w nieznane — opowieść o ostatnich godzinach Nydory i dziewięciu okrętach, które wraz z purrgilami przekroczyły granicę galaktyki.

I. Cień nad Nydorą

Układ Nydora nie miał niczego, czego galaktyka zwykle pożądała.
Jego stara gwiazda świeciła słabo, jakby sama powoli zapominała o własnym ogniu. Wokół błękitnego olbrzyma gazowego krążyło kilkanaście martwych księżyców: skalistych, pooranych kraterami i pozbawionych atmosfery. Nie prowadziły tędy szlaki handlowe. Nie działały stacje wydobywcze ani przekaźniki komunikacyjne. Na mapach nawigacyjnych Nydora była jednym z tysięcy miejsc, które należało ominąć, ponieważ nie oferowały niczego poza stratą czasu.
Na jednym z księżyców, w głębokim kanionie niewidocznym z wysokiej orbity, Jedi zbudowali enklawę badawczą.
Z zewnątrz przypominała naturalną część urwiska. Pancerne osłony lądowisk pokryto pyłem odpowiadającym barwie skał, anteny obserwacyjne wysuwały się tylko na czas pomiarów, a generatory pracowały poniżej mocy, którą mogłyby wykryć sensory przelatującego okrętu. Oficjalnie placówka nie istniała. Nie figurowała w rejestrach Republiki ani w planach zaopatrzenia Zakonu.
Jedi przebywali tam od pięćdziesięciu lat.
Badali purrgile.
Wiedzieli, że stworzenia te potrafią podróżować w nadprzestrzeni z łatwością nieosiągalną dla najdoskonalszych komputerów nawigacyjnych. Przemieszczały się stadami, podążając trasami starszymi niż współczesne mapy. Żywiły się gazami pobieranymi z atmosfer olbrzymich planet, a potem znikały między gwiazdami.
Stado odwiedzające Nydorę było inne.
Pojawiało się rzadko i zawsze nadlatywało od strony pustki oddzielającej galaktykę od bezkresu międzygwiezdnej ciemności. Największe osobniki nosiły blizny, których nie potrafiono przypisać żadnemu znanemu drapieżnikowi ani broni. Rejestrowane przez boje trajektorie urywały się w miejscach, gdzie nie istniały żadne rozpoznane szlaki. Po pobraniu gazu stado wykonywało skok, którego kierunku nie potrafił odtworzyć żaden zespół nawigatorów.
Mistrzyni Jedi Saeva Rinn uważała, że purrgile przylatują spoza galaktyki.
Nie miała niepodważalnego dowodu. Dysponowała fragmentami odczytów, zakłóconymi zapisami z boi i świadectwami kilku Jedi, którzy zetknęli się w Mocy z obecnością stada. Wśród nich był rycerz Jedi Taren Vey.
Podczas pierwszego kontaktu poczuł jedynie ogrom.
Za drugim razem dotarło do niego wrażenie odległości tak wielkiej, że jego umysł próbował zamienić ją w obraz bezkresnego oceanu. Za trzecim wyczuł świadomość osobnika alfa — starego, poranionego purrgila, którego badacze nazwali Aruunem.
Nigdy nie porozumieli się za pomocą słów. Taren nie był nawet pewien, czy Aruun zauważał jego obecność. Czasami jednak, gdy purrgil przelatywał nad księżycem Nydory, rycerz odnosił wrażenie, że na krótką chwilę patrzy w stronę odległych gwiazd cudzymi oczami.
To wystarczyło, aby przygotować wyprawę.
Nazwano ją Dalekim Świtem.
W podziemnych dokach enklawy czekało siedem okrętów.
Największym był Horyzont, stary ciężki krążownik przebudowany na centrum dowodzenia i jednostkę badawczą. Jego kadłub nosił ślady licznych modernizacji. Tam, gdzie dawniej znajdowały się magazyny uzbrojenia, urządzono laboratoria, ambulatorium i warsztaty. W centralnej części powstała niewielka sala medytacyjna. Zewnętrzne moduły mieszkalne miały pomieścić kierownictwo wyprawy oraz najważniejszych członków zespołu.
Nieopodal na Kartografie instalowano właśnie ostatnie rdzenie pamięci. To na jego pokładzie przechowywano pełne zapisy pięćdziesięciu lat obserwacji, modele migracji i fragmenty tras, których nie potrafiono połączyć w całość. Technicy przenosili dane przez odizolowane terminale, sprawdzając każdą kopię przed zamknięciem pancernych osłon archiwum.
Obserwator wisiał już nad swoją platformą, utrzymywany przez repulsory kilka metrów nad pokładem. Jego rozłożyste zespoły czujników obracały się powoli, po raz ostatni badając przestrzeń wokół księżyca.
Przy zewnętrznym stanowisku czekała Straż Szlaku — jedyna jednostka ekspedycji stworzona przede wszystkim do walki. Jej działa pozostawały wyłączone, lecz załoga pełniła dyżur bojowy od chwili rozpoczęcia przygotowań. Nie planowano bitwy. Korweta miała odstraszać piratów i osłaniać pozostałe statki przed zagrożeniami, których nie sposób było przewidzieć poza znanymi szlakami.
W głębi doków trwał załadunek Przystani. Do jej ładowni trafiały pojemniki z żywnością, paliwem i lekami, lekkie moduły mieszkalne oraz droidy przeznaczone do uruchomienia tymczasowej bazy po drugiej stronie trasy.
Na Siewcy zamykano komory biologiczne. Za przezroczystymi osłonami widać było rzędy młodych roślin, zbiorniki kultur hydroponicznych i banki nasion. Okręt przewoził także część naukowców, personel medyczny oraz systemy podtrzymywania życia potrzebne podczas długotrwałego pobytu z dala od Republiki.
Ostatnia była Kuźnia. Jej masywny kadłub mieścił generatory, ciężkie droidy konstrukcyjne, urządzenia przemysłowe i maszyny zdolne wytwarzać części zamienne. Gdyby wyprawa dotarła do celu, Kuźnia miała zbudować pierwsze lądowisko, warsztaty i źródła zasilania.
Taren przechodził przez galerię biegnącą nad dokami, gdy dogoniła go jego padawanka, Nemi Aro.
Trzymała pod pachą niewielki pojemnik z kryształem pamięci.
— Kartograf jest już zamknięty — powiedziała. — Kapitan nie przyjmie kolejnej skrzynki bez zgody mistrzyni.
— To ostatnie odczyty Aruuna.
— Wiem. Dlatego jeszcze jej nie wyrzuciłam.
Zatrzymał się przy panoramicznym oknie. Poniżej technicy odłączali od Horyzontu przewody zasilające. Światła jednostki zapalały się kolejno, pokład po pokładzie.
— Czujesz go? — zapytała Nemi.
Za panoramicznym oknem widać było jedynie skały doków. Niebo pozostawało poza ich zasięgiem.
— Nie.
— Powinien być już blisko.
— Purrgile nie korzystają z naszych kalendarzy.
— Od trzydziestu dwóch lat przylatują w tym samym przedziale.
— To my uznaliśmy go za ten sam.
Przyjrzała mu się uważnie.
— Obawiasz się, że nie przybędą?
Przez chwilę milczał.
— Obawiam się, że przybędą.
Nie musiał wyjaśniać. Jeżeli Saeva miała rację, Daleki Świt miał podążyć za stadem na trasę, z której żaden okręt nie próbował dotąd powrócić. Horyzont i pozostałe jednostki przygotowano na wiele możliwości, lecz nie istniał sposób, aby przewidzieć, co znajdą po drugiej stronie.
Ani czy znajdą drogę powrotną.
— Mistrzyni Rinn mówi, że lęk jest naturalny — powiedziała Nemi.
— Mistrzyni Rinn nie siedzi potem przez pół nocy nad listą rzeczy, których nie zdążyliśmy sprawdzić.
— Siedzi. Tylko ma lepszy pokój i nikt jej nie widzi.
Po raz pierwszy tego dnia się uśmiechnął.
Nemi uniosła pojemnik.
— Zaniosę go na Horyzont. Skoro Kartograf jest zamknięty, będziemy mieli drugą kopię w laboratorium.
Kiedy zniknęła w windzie, zatrzymał wzrok na siedmiu okrętach.
Daleki Świt nie miał być ucieczką.
Jeszcze nie.
Alarm rozległ się o czwartej trzydzieści siedem czasu lokalnego.
W centrum obserwacyjnym przygasły światła, a nad głównym stołem projekcyjnym zapłonęła czerwień. Cztery punkty pojawiły się na obrzeżu układu, dokładnie w chwili, gdy zakończyły przejście z nadprzestrzeni.
Taren dotarł do sali kilka sekund po Nemi. Oficerowie zajmowali stanowiska, a kolejne warstwy danych nakładały się na holograficzny obraz Nydory.
— Potwierdzić liczbę jednostek — rozkazała kapitan Jora Pell, dowódczyni Horyzontu.
Stała przy stole projekcyjnym w rozpiętej kurtce mundurowej. Musiała przybiec bezpośrednio z doków.
— Cztery — odpowiedział operator sensorów. — Wszystkie wojskowe. Największa jednostka prowadzi szyk. Dwa okręty eskortowe, jeden transportowiec szturmowy.
Hologram powiększył obraz przybyszy.
Na czele leciał ciężki drednot o wydłużonym, opancerzonym kadłubie i szerokich sekcjach uzbrojenia. Za nim trzymał się zwarty transportowiec przystosowany do przewozu oddziałów oraz dwie mniejsze jednostki wojenne, rozmieszczone tak, aby zamknąć możliwe kierunki ucieczki.
System rozpoznawczy odnalazł ich sygnatury w archiwach wojskowych.
Draaveth.
Natarcie.
Ostrze.
Tropiciel.
Nad czterema symbolami pojawiło się wspólne oznaczenie: Siódma Eskadra Pościgowa Kharveth.
— Sithowie — powiedziała Jora.
Nie musiała dodawać niczego więcej.
Siedem jednostek Dalekiego Świtu przewyższało przeciwnika liczebnie tylko na ekranie. Pięć było statkami badawczymi lub transportowymi. Kuźnia i Siewca nie miały uzbrojenia zdolnego zagrozić ciężkim okrętom. Straż Szlaku mogła powstrzymać myśliwce albo odeprzeć pojedynczy patrolowiec, lecz nie cztery jednostki wojenne prowadzone przez drednot.
— Wektor? — zapytał Taren.
Operator przeniósł dane na główny obraz.
Cztery czerwone linie przecinały układ wprost ku księżycowi.
— Nie skanują pozostałych orbit — powiedział. — Nie zmieniają kursu. Lecą bezpośrednio do nas.
Drzwi centrum obserwacyjnego otworzyły się.
Saeva Rinn weszła spokojnie, choć na korytarzach rozbrzmiewały już syreny. Siwe włosy miała związane nisko na karku, a na prostą tunikę narzuciła ciemny płaszcz. Popatrzyła najpierw na Tarena, potem na cztery punkty zbliżające się do księżyca.
— Wiedzą, gdzie jesteśmy — powiedziała Jora.
— Tak — odpowiedziała Saeva.
Nie wyglądała na zaskoczoną.
— Wiedziałaś, że nas znajdą?
— Wiedziałam, że czegoś szukają. Nie wiedziałam, jak blisko byli.
Na hologramie pojawił się przewidywany czas wejścia eskadry na orbitę.
Jedenaście minut.
Saeva spojrzała na siedem symboli spoczywających w podziemnych dokach.
— Rozpocząć pełną ewakuację — poleciła. — Przygotować okręty do natychmiastowego startu. Wszystkie archiwa, których nie zdołamy zabrać, mają zostać zniszczone.
— Stado może przybyć dopiero za wiele godzin — przypomniał Taren.
— Wiem.
— Jeżeli opuścimy Nydorę, możemy je stracić.
Saeva przeniosła wzrok na cztery czerwone punkty.
— Jeżeli zostaniemy, stracimy znacznie więcej.
Na mostku Draavetha Darth Raevor, lord Sithów dowodzący operacją, obserwował powiększający się obraz skalistego księżyca.
Był wysokim, szczupłym człowiekiem o bladej skórze i głęboko osadzonych oczach. Nie nosił hełmu ani ceremonialnej zbroi. Jego czarny strój nie wyróżniał się niczym poza spokojem człowieka, który nie musiał przypominać innym, kim jest.
Obok fotela dowódcy stał komandor Varek Dorn, zawodowy oficer floty Sithów i faktyczny dowódca eskadry. Na ekranach przed nimi pojawiały się kolejne warstwy skanów.
— Enklawa potwierdzona — zameldował oficer sensorów. — Maskowanie energetyczne jest skuteczne, ale nie pełne. W podziemnych dokach wykrywamy siedem jednostek.
— Agent meldował pięć — zauważył Dorn.
— Dwie musiały dotrzeć później.
Raevor przesunął wzrokiem po sygnaturach.
— Rozpoczynają procedury startowe.
— Jeżeli chcemy zająć placówkę bez zniszczenia archiwów, musimy działać natychmiast — powiedział Dorn. — Mogę wysłać Natarcie z oddziałami abordażowymi. Ostrze i Tropiciel zamkną orbitę.
— A okręty ekspedycji?
— Unieruchomimy je, jeśli spróbują uciekać.
Raevor odwrócił ku niemu głowę.
— Nie wszystkie.
— Horyzont jest centrum badawczym — ciągnął Sith. — Kartograf przechowuje modele nawigacyjne. Te jednostki mają pozostać całe. Podobnie jak ich załogi.
— Pozostałe statki?
— Są mniej istotne.
Dorn spojrzał na schemat enklawy.
— Rozkazy mówią o przejęciu archiwów i pojmaniu kierownictwa wyprawy.
— Archiwa bez ludzi, którzy potrafią je odczytać, są zaledwie zbiorem liczb. Potrzebujemy Jedi, nawigatorów, naukowców i techników. Każdego, kto uczestniczył w badaniach.
— A stworzenia?
Błękitny olbrzym zajmował większą część głównego ekranu.
— Dane powiedzą nam, dokąd odlatują.
Na twarzy Raevora pojawił się cień uśmiechu.
— One pokażą nam drogę.
II. Ultimatum

Sithowie nie zaatakowali natychmiast.
Draaveth wysłał sygnał na wszystkich częstotliwościach. Systemy enklawy rozpoznały transmisję jako otwartą i pozbawioną szyfrowania. Raevor nie zamierzał ukrywać ani swojej obecności, ani warunków, które przywoził.
Jego holograficzna postać pojawiła się nad projektorem w centrum obserwacyjnym.
— Do zarządców placówki Jedi — rozpoczął. — Wasza lokalizacja, skład osobowy i cel prowadzonych badań są nam znane. Układ Nydora został objęty blokadą. Wyłączcie osłony, przekażcie kontrolę nad dokami i zatrzymajcie procedury startowe. Archiwa enklawy oraz wszystkie jednostki ekspedycji zostaną przejęte.
Saeva stanęła przed projektorem. Po obu jej stronach trwała gorączkowa praca, lecz w polu transmisji widoczna była tylko ona.
— Co stanie się z personelem? — zapytała.
Raevor przyjrzał się jej uważnie.
Rozpoznał ją. Podczas podróży do Nydory przeczytał wszystkie dostępne raporty dotyczące mistrzyni Saevy Rinn: misje dyplomatyczne, udział w wyprawach badawczych, nazwiska dawnych uczniów. Dokumenty opisywały ją jako ostrożną, cierpliwą i niechętną przemocy.
Nie wspominały, że jej spokój może przypominać zamknięte drzwi.
— Personel ochrony zostanie rozbrojony — odpowiedział. — Jedi, badacze, nawigatorzy i technicy zostaną przesłuchani. Ci, którzy okażą się przydatni, zachowają życie.
— To nie jest gwarancja bezpieczeństwa.
— To jedyna gwarancja, jaką otrzymacie.
Taren obserwował twarz Sitha. Ten nie próbował zabrzmieć groźnie. Nie musiał. Mówił jak człowiek, który uważał pozostawienie kogokolwiek przy życiu za wystarczający dowód łaski.
— Nie przekażemy wam archiwów — odparła mistrzyni. — Ani ludzi.
— Wasza wyprawa nie została przygotowana po to, by badać martwe księżyce.
W centrum obserwacyjnym nikt się nie poruszył.
— Wiemy o stadzie — ciągnął Raevor. — Wiemy, że pojawia się w Nydorze zgodnie z cyklem. Wiemy również, że zamierzacie za nim podążyć.
Saeva nie odpowiedziała.
Każde zaprzeczenie powiedziałoby Sithowi, której części swoich informacji powinien nie ufać. Każde potwierdzenie zdradziłoby, że jego agent dotarł wystarczająco blisko prawdy.
Raevor czekał.
— Skoro wiecie tak wiele — odezwała się w końcu — nasze archiwa nie są wam potrzebne.
— Wiem, gdzie pojawi się stado. Nie wiem, dokąd odleci.
— Tego nie wie nikt.
— Wy poświęciliście pięćdziesiąt lat, żeby się dowiedzieć.
— I nadal nie znamy odpowiedzi.
— W takim razie potrzebuję nie tylko danych. Potrzebuję ludzi, którzy potrafią je zrozumieć.
Wzrok Raevora na moment przesunął się w stronę Tarena. Hologram nie obejmował jednak miejsca, w którym stał rycerz. Mimo to odniósł wrażenie, że słowa zostały skierowane właśnie do niego.
Saeva pozostała nieruchoma.
— Nie pomożemy wam pochwycić stada.
— Nie potrzebuję waszej pomocy.
— W takim razie po co to ultimatum?
Na twarzy Raevora pojawił się ledwie widoczny uśmiech.
— Ponieważ wolałbym otrzymać to, po co przybyłem, w stanie nienaruszonym.
Połączenie zostało przerwane.
Hologram zgasł. Przez kilka sekund w centrum obserwacyjnym słychać było tylko szum projektorów i odległe syreny alarmowe.
Saeva odwróciła się ku Jorze.
— Czas do wejścia w zasięg ciężkich baterii?
— Osiem minut.
— Okręty?
Nad stołem pojawił się obraz podziemnych doków.
— Horyzont i Obserwator mogą startować. Kartograf potrzebuje czterech minut na zamknięcie archiwum. Na Siewcy uszczelniają ostatnią komorę biologiczną. Straż Szlaku przejmuje personel ochrony z dolnych poziomów.
Na dwóch stanowiskach płonęły ostrzeżenia.
— Najgorzej wygląda sytuacja Przystani i Kuźni — dodała. — Przystań ma otwarty kolektor chłodzenia. Kuźnia nie odłączyła ciężkich urządzeń od zewnętrznego zasilania. Jeżeli mają zdążyć, muszą porzucić część ładunku.
— Niech porzucą.
— Stracimy generatory, dwa warsztaty polowe i większość zapasowych ogniw.
— Maszyny możemy zastąpić.
Na ekran napływały kolejne meldunki.
— Na obu jednostkach pracuje jeszcze ponad siedemdziesiąt osób.
— Zabieramy ludzi, nie wyposażenie.
— A personel enklawy?
— Wszyscy na okręty. Najpierw ranni i zespoły bez przydziału alarmowego. Straż Szlaku wystartuje ostatnia.
Kapitan skinęła głową i otworzyła kanał do doków.
Na hologramie pojawiła się Nemi. Obraz drżał, gdy biegła korytarzem Horyzontu.
— Ostatnia kopia danych dotarła do laboratorium — zameldowała. — Kartograf potwierdził zamknięcie głównego archiwum. W serwerowni zostały tylko systemy bieżące i nieprzetworzone zapisy z boi.
— Rozpocząć kasowanie — poleciła Saeva. — Potem przygotować ładunki.
Zwolniła.
— Mistrzyni, w serwerowni nadal są droidy archiwalne.
— Wyprowadźcie je, jeśli zdążycie. Jeżeli nie, wyczyśćcie ich pamięć i zostawcie.
— Rozumiem.
Hologram zgasł.
Taren patrzył na siedem symboli jednostek w dokach. Ścieżki ewakuacyjne wypełniały się ludźmi. Na wszystkich poziomach otwierały się grodzie, windy zjeżdżały ku lądowiskom, a droidy porzucały skrzynie, żeby przewozić rannych i tych, którzy nie potrafili poruszać się wystarczająco szybko.
Placówkę budowano przez pół wieku.
Mieli opuścić ją w ciągu kilku minut.
— Stado — powiedziała Saeva. — Kiedy najwcześniej może przybyć?
Odczytał czas z bocznego ekranu.
— Poprzednie migracje rozpoczynały się między siedemnastą a dwudziestą.
— Czyli za ponad dwanaście godzin.
— Jeżeli cykl się powtórzy.
Kapitan uniosła wzrok znad stanowiska dowodzenia.
— Nie utrzymamy się przez dwanaście godzin przeciwko tym okrętom.
— Nie musimy ich pokonać — odpowiedziała mistrzyni.
— Musimy tylko nie pozwolić się pojmać?
— Musimy pozostać w pobliżu gazowego olbrzyma do przybycia stada.
Na polecenie kapitan obraz układu wypełnił centralną część projekcji. Wokół błękitnego olbrzyma krążyły księżyce, pierścienie pyłu i rozległe obszary zakłóceń magnetycznych.
— Możemy wykorzystać księżyce do zrywania namiarów — powiedziała. — Obserwator będzie szukał stada. Pozostałe jednostki utrzymają rozproszony szyk między orbitami. Ale Kharveth ma przewagę prędkości. Jeśli rozdzielą siły, zaczną wyłapywać nas pojedynczo.
— Dlatego Horyzont, Kartograf i jednostki transportowe pozostaną blisko siebie — zdecydowała mistrzyni. — Straż Szlaku będzie je osłaniać.
— Przez dwanaście godzin?
Nie odpowiedziała.
Nie istniał dobry plan. Były tylko możliwości, które nie prowadziły do natychmiastowej klęski.
Najbliższa placówka Republiki znajdowała się o kilka skoków od Nydory. Nawet gdyby wezwanie pomocy przebiło się przez blokadę, żadna odsiecz nie zdążyłaby dotrzeć. Trwające od pokoleń wojny z Sithami rozproszyły siły Republiki po setkach układów. Nie było w pobliżu okrętów ani Jedi, których można byłoby skierować do Nydory.
Daleki Świt był sam.
Bez purrgili ekspedycja mogła próbować ucieczki w głąb galaktyki, ale Kharveth dysponował szybszymi jednostkami, większą siłą ognia i zapasami przygotowanymi do długiego pościgu. Sithowie mogliby ścigać ich od układu do układu, aż któryś z transportowców pozostałby w tyle.
A potem następny.
— Taren — odezwała się ciszej mistrzyni. — Czy można przywołać Aruuna?
Taren spojrzał na hologram gazowego olbrzyma i zamknął oczy. Sięgnął Mocą poza ściany enklawy, ku pustce między księżycami, szukając znajomej obecności Aruuna. Nie znalazł jej. Czuł jedynie ludzi wokół siebie: ich lęk, pośpiech i gasnącą z każdą sekundą nadzieję, że stado zdąży przybyć.
— Nie — odpowiedział. — Nie potrafię go przywołać.
— Możesz wysłać mu wiadomość?
— Purrgile nie myślą tak jak my.
— Nie pytałam, czy możesz z nim rozmawiać.
Otworzył oczy.
— Pytam, czy możesz pozwolić mu poczuć, że czekamy.
Przez chwilę słyszał tylko alarm.
— Mogę spróbować.
Skinęła głową.
— Spróbuj na Horyzoncie. Tutaj nie zostało już nic, czego powinniśmy bronić.
Ruszył w stronę wyjścia, lecz głos kapitan zatrzymał go przy drzwiach.
— Siedem minut do wejścia w zasięg.
Na głównym obrazie cztery czerwone punkty rozsunęły się. Ostrze i Tropiciel przyspieszyły, zajmując pozycje po przeciwnych stronach księżyca. Natarcie zmieniło kurs ku wejściom do podziemnych doków.
Draaveth leciał prosto na enklawę.
Saeva patrzyła na zbliżające się okręty.
Nie próbowała już ocalić placówki.
Próbowała kupić dwanaście godzin.
III. Upadek enklawy

Pierwsze salwy uderzyły w osłonę enklawy siedem minut później.
Sithowie nie strzelali do doków. Draaveth skierował ogień na anteny, powierzchniowe generatory i węzły komunikacyjne. Każde trafienie rozlewało się po tarczy oślepiającym blaskiem, a gdy któraś z wiązek przebijała osłabione pole, skały na krawędzi kanionu zmieniały się w fontanny stopionego kamienia.
Miejsce, które przez pół wieku pozostawało niewidoczne, zapłonęło na tle martwego księżyca.
Obserwator jako pierwszy opuścił podziemny dok. Korweta przemknęła przez rozsuwające się płyty pancerne i natychmiast obrała kurs ku cieniowi gazowego olbrzyma. Chwilę później wystartował Kartograf, osłaniając opancerzone sekcje archiwum dodatkową mocą skierowaną do tarcz.
Siewca uniósł się ciężko, zbyt wolno jak na okręt wystawiony na ogień przeciwnika. Za jego rufą ciągnęła się chmura gazu z pośpiesznie odłączonych przewodów. Na pokładzie nadal zamykano część komór biologicznych.
Kuźnia opuściła dok bez połowy przygotowanego wyposażenia. W dole pozostały generatory, urządzenia przemysłowe i ciężkie maszyny, których nie zdążono odłączyć. Załoga zrzuciła zewnętrzne uchwyty transportowe jeszcze podczas wznoszenia, aby zmniejszyć masę jednostki.
Horyzont czekał powyżej kanionu. Okręt utrzymywał niską orbitę, przyjmując ostatnie promy i kapsuły startujące z enklawy.
Przystań nadal pozostawała na platformie.
Straż Szlaku wystartowała jako ostatnia z jednostek zdolnych już do lotu. Korweta przebiła się przez płyty doków, zanim mechanizm zdołał otworzyć je do końca. Dolna część pancerza zgrzytnęła o krawędź wyrzutni, lecz okręt nie zwolnił. Wzniósł się nad kanion, wykonał gwałtowny zwrot i ustawił między enklawą a nadlatującymi myśliwcami.
Na jej mostku rycerz Jedi Kaelor Dain obserwował rozdzielające się formacje przeciwnika.
— Dwa klucze przechwytujące — zameldował artylerzysta. — Torpedy uzbrojone.
— Ogień zaporowy. Nie ścigać trafionych jednostek — rozkazał Kaelor. — Naszym zadaniem jest osłona promów.
Korweta rozpoczęła ostrzał.
Pierwszy myśliwiec stracił osłonę i obrócił się wokół własnej osi, znikając poniżej krawędzi kanionu. Drugi eksplodował, zanim zdołał wystrzelić torpedy. Pozostałe rozproszyły się, okrążając Straż Szlaku z dwóch stron.
Kaelor wyczuwał pilotów jako odległe punkty napięcia w Mocy. Ich skupienie, strach i determinację, by nie zawieść dowódców. Nie chciał ich zabijać. Wiedział jednak, że jeśli przepuści choć jeden bombowiec, ludzie czekający na ewakuację zginą, zanim dotrą do promów.
— Nadchodzą następne — ostrzegł artylerzysta.
— Niech przyjdą.
Na mostku Draavetha Raevor obserwował otwierające się doki.
— Ostrze zwiąże korwetę — rozkazał. — Tropiciel ma obejść księżyc i zamknąć drogę ku granicy układu. Natarcie rozpocznie desant.
Dorn przyjrzał się rozstawieniu jednostek.
— Jeśli rozdzielimy szyk, nie zablokujemy wszystkich kierunków.
— Nie musimy. Nie opuszczą Nydory bez stada.
— Mogą uznać, że nie mają wyboru.
— Wtedy dogonimy ich przy następnym skoku.
Siedem oznaczeń ekspedycji poruszało się na obrazie taktycznym z prędkością dostosowaną do wolniejszych transportowców. Dwie jednostki znajdowały się już poza bezpośrednim zasięgiem, lecz Jedi najwyraźniej nie zamierzali porzucić cywilnych załóg.
— Horyzont i Kartograf mają pozostać całe — przypomniał Dorn. — Natarcie nie powinno używać ciężkiego uzbrojenia w pobliżu doków.
Raevor zwrócił ku niemu głowę.
— Pamiętam własne rozkazy, komandorze.
— Zatem oddziały szturmowe będą musiały wejść przez dolne tunele.
— Po to je przywieźliśmy.
Na obrazie taktycznym pojawiły się transportowce desantowe opuszczające Natarcie. Schodziły ku powierzchni poza główną osłoną enklawy, kierując się do szybów technicznych i awaryjnych wejść zaznaczonych w raporcie agenta.
Na bocznym ekranie widniało zestawienie wyposażenia Natarcia. Oprócz barek desantowych w ładowniach znajdowały się magnetyczne harpuny, zmodyfikowane generatory promieni ściągających oraz emitery zdolne oddziaływać na układ nerwowy żywych stworzeń.
Cel był jasny: nie tylko podążyć za purrgilami, lecz zmusić je do otwarcia drogi.
Komandor służył Sithom wystarczająco długo, by nie mylić rozkazu z propozycją. Nie należał do ludzi łagodnych. Dowodził bombardowaniami, tłumił bunty i widział światy płacące za odmowę kapitulacji. Znał jednak różnicę między zastosowaniem przewagi a próbą podporządkowania zjawiska, którego nikt jeszcze nie rozumiał.
Nie odezwał się.
Na razie jego wątpliwości nie miały znaczenia.
W dokach Przystani główny kolektor chłodzenia nadal nie odpowiadał.
Taren dotarł do przedziału napędowego chwilę po kolejnym uderzeniu w osłonę enklawy. Podłoga zadrżała pod jego stopami. Z sufitu posypał się pył, a światła na moment przygasły.
W otwartej obudowie kolektora drżał pęknięty przewód plazmowy. Technicy próbowali dosięgnąć uszkodzonego złącza, ale ciężka osłona reaktora zablokowała się w połowie prowadnicy.
Bex Orlan, główny mechanik Przystani, podniósł głowę znad panelu.
— Nie wystartujemy — powiedział.
— Ile potrzebujecie?
— Dwudziestu minut. Może piętnastu, jeśli przewód wytrzyma próbę ciśnieniową.
Kolejne uderzenie wstrząsnęło dokiem.
— Macie cztery.
— W takim razie możemy wyprowadzić ludzi i wysadzić statek.
— Nie.
Mechanik wskazał odczyty.
— Jeżeli uruchomię pełny ciąg bez chłodzenia, rdzeń przegrzeje się przed opuszczeniem orbity. Na pokładzie znajduje się ponad trzydziestu techników.
— Dlatego nie zostawimy Przystani.
— Rycerzu, nie potrzebuję zapewnienia. Potrzebuję sposobu, żeby dostać się pod tę osłonę.
Taren zdjął płaszcz i wszedł na platformę serwisową.
— Proszę pokazać, gdzie mam ją podnieść.
Orlan popatrzył na niego z niedowierzaniem.
— Waży prawie tonę.
— Nie ma to znaczenia.
Wyciągnął rękę. Metalowa osłona zadrżała, lecz nie ruszyła się z prowadnicy.
Zamknął oczy i spróbował ponownie.
Moc nie naprawiła kolektora. Nie połączyła pękniętego przewodu ani nie zastąpiła części, których brakowało. Pozwoliła jednak unieść osłonę na tyle, by dwóch techników wsunęło się pod nią z narzędziami. Pomogła mu również wyczuć zmianę drgań sekundę przed gwałtownym skokiem ciśnienia.
— Cofnąć się! — krzyknął.
Technicy odskoczyli. Złącze wyrzuciło strumień rozgrzanego gazu dokładnie w miejscu, w którym jeszcze przed chwilą znajdowała się głowa jednego z nich.
Mechanik zamknął zawór awaryjny.
— Jeszcze raz — polecił.
Ponownie uniósł osłonę.
Cztery minuty później kolektor nadal był uszkodzony, lecz obieg chłodzenia działał. Nie wystarczał do długiego lotu z pełną mocą. Powinien jednak utrzymać rdzeń do chwili opuszczenia księżyca.
Mechanik sprawdził odczyty.
— Jeśli to puści, będziemy mieli może trzydzieści sekund.
— W takim razie niech pan ich nie zmarnuje.
W całym statku rozległ się alarm startowy.
Taren zeskoczył z platformy i pobiegł ku śluzie. Przystań oderwała się od podłoża, zanim zdążył dotrzeć do promu serwisowego. Kadłub zatrząsł się, gdy transportowiec przechodził przez wąski szyb doku.
Poniżej trwała ostatnia faza ewakuacji.
Oddziały Sithów przedarły się do dolnych tuneli enklawy.
Pierwsze starcie nastąpiło przy węźle energetycznym. Żołnierze ochrony wycofywali się korytarz po korytarzu, zamykając za sobą grodzie i niszcząc panele sterowania. Nie próbowali utrzymać placówki. Kupowali czas ludziom zmierzającym ku promom.
Saeva czekała przy wejściu do centrum archiwów.
Towarzyszyło jej dwóch rycerzy Jedi i kilkunastu członków ochrony. Za nimi droidy kończyły czyszczenie serwerów. Ostatnie zaszyfrowane pakiety przesłano wcześniej na Kartografa i Horyzont. Teraz liczyło się już tylko to, aby po ich odejściu nie pozostało nic, co pozwoliłoby odtworzyć dane.
Z głębi korytarza dobiegł odgłos wyważanej grodzi.
Potem zapadła cisza.
W ciemności zapłonęło czerwone ostrze.
Na czele grupy szturmowej szedł Kareth Zhal, uczeń Darth Raevora. Był młody, silny i niecierpliwy. Każdy jego krok zdradzał przekonanie, że wszelki opór jest jedynie przeszkodą, którą należy przełamać.
— Mistrzyni Rinn — powiedział. — Lord Raevor rozkazał pojmać cię żywą.
Mistrzyni uruchomiła miecz. Zielone światło odbiło się od ścian korytarza.
— W takim razie nie powinieneś się spieszyć.
Kareth zaatakował.
Pierwsze uderzenie było tak silne, że cofnęło ją o krok. Drugie przecięło poręcz i pozostawiło na ścianie rozżarzoną bruzdę. Sith wykorzystywał wąski korytarz, nie dając jej miejsca na unik ani zmianę dystansu.
Nie próbowała go pokonać.
Zatrzymywała każdy cios tylko na tyle długo, by za jej plecami mogły gasnąć kolejne serwery.
Zrozumiał to zbyt późno.
— Niszczysz coś, czemu poświęciłaś pół życia!
— Właśnie dlatego wiem, w czyje ręce nie powinna trafić ta wiedza.
Sith naparł na nią, zmuszając do cofnięcia się pod ostatnią gródź. Obróciła ostrze, zepchnęła jego miecz ku ścianie i uderzyła go Mocą. Uczeń Raevora przeleciał kilka metrów, lecz wylądował na nogach.
Za jej plecami rozległ się pojedynczy sygnał.
Kasowanie zakończone.
— Wycofać się! — rozkazała.
Żołnierze ochrony przeszli przez gródź. Dwaj Jedi cofnęli się za nimi, odbijając strzały nadlatujące z końca korytarza. Saeva przekroczyła próg jako ostatnia.
Kareth rzucił się naprzód, ale gródź zamknęła się między nimi, a zamek stopił się pod cięciem zielonego ostrza. Chwilę później zadziałały ładunki umieszczone w centrum serwerowni. Kontrolowana eksplozja rozdarła przewody i rdzenie pamięci, zasypując wejście rozgrzanym metalem.
Sith uderzył pięścią w zamknięte przejście.
Po drugiej stronie grodzi mistrzyni nie czekała na jego dalsze kroki. Bocznym korytarzem dotarła do ostatniego promu. Maszyna wystartowała, gdy nad wejściem do doków walczyły już myśliwce Sithów i Straż Szlaku. Pilot przeprowadził prom tuż nad skalną ścianą kanionu, a następnie skierował go ku Horyzontowi.
Taren dotarł na pokład krążownika inną jednostką serwisową kilkadziesiąt sekund wcześniej.
Z okna śluzy widział Przystań, Siewcę i Kuźnię zbierające się poniżej głównej grupy. Straż Szlaku wycofywała się ku nim pod ogniem Ostrza, osłaniając dwa ostatnie promy.
Gdy wahadłowiec Saevy zatrzasnął się w śluzie Horyzontu, Jora wydała rozkaz odejścia od księżyca.
Siedem jednostek Dalekiego Świtu skierowało się ku błękitnemu olbrzymowi.
W ruinach enklawy Kareth odnalazł jedynie stopione rdzenie i puste obudowy serwerów.
— Mistrzu — powiedział do komunikatora. — Archiwa zostały zniszczone. Jedi uciekają.
Na mostku Draavetha Raevor patrzył na siedem sygnatur oddalających się od księżyca.
— Nie — odpowiedział. — Zniszczyli serwery.
Dorn spojrzał na dane z nasłuchu.
Tuż przed eksplozją systemy zarejestrowały dwa silnie skompresowane strumienie transmisji. Jeden prowadził do Kartografa, drugi do Horyzontu.
Lord Sithów nie potrzebował dalszych dowodów.
— Archiwa są na okrętach — powiedział. — Podobnie jak ludzie, którzy potrafią je odczytać.
— Oddziały szturmowe nadal znajdują się w placówce — przypomniał Dorn.
— Niech Natarcie zabierze tych, których zdoła odzyskać. Reszta ma opuścić enklawę promami.
— A pościg?
Kurs uciekinierów nie prowadził ku granicy układu. Kierowali się w stronę gazowego olbrzyma, dokładnie tam, gdzie według przejętych danych miało pojawić się stado.
— Rozpocząć natychmiast — rozkazał Raevor. — Horyzont i Kartograf mają pozostać nienaruszone.
Cztery okręty Kharveth zmieniły kurs.
Płonąca enklawa nie miała już znaczenia.
IV. Polowanie

Kurs przyjęty przez siedem okrętów Dalekiego Świtu był dla Dorna ostatecznym dowodem, że Raevor miał rację.
— Nie uciekają — powiedział. — Czekają na purrgile.
— Tak — odpowiedział Sith. — A my zaczekamy razem z nimi.
Gazowy olbrzym wypełniał połowę głównego ekranu Draavetha. W jego atmosferze przesuwały się pasma błękitnych i srebrnych chmur, przecinane wyładowaniami. Wokół planety krążyły martwe księżyce oraz szerokie pierścienie pyłu i skalnych odłamków.
Okręty Jedi rozdzieliły się, lecz nie przerwały wzajemnego kontaktu. Obserwator leciał najwyżej, prowadząc nasłuch na częstotliwościach używanych podczas wcześniejszych badań stada. Horyzont i Kartograf pozostawały w środku szyku. Przystań, Siewca i Kuźnia trzymały się blisko siebie, osłaniane przez Straż Szlaku.
— Jeżeli zamierzają czekać, mamy czas na przygotowanie abordażu — zauważył Dorn.
Raevor przesunął palcem po obrazie taktycznym.
— Nie będą czekać spokojnie. Będą próbowali ukrywać się między księżycami, zrywać namiary i zmuszać nas do rozproszenia sił.
— To niczego im nie da.
— Im nie. Nam pozwoli ustalić, które jednostki są dla nich najważniejsze.
Komandor spojrzał na niego.
— Już to wiemy. Horyzont i Kartograf.
— Wiemy, co przewożą. Teraz zobaczymy, czego będą bronić.
Przez pierwszą godzinę nie padł ani jeden strzał.
Daleki Świt wszedł między orbity dwóch wewnętrznych księżyców. Horyzont ograniczył emisję energii, a Obserwator wypuścił kilkanaście niewielkich sond, które rozeszły się w różnych kierunkach, powtarzając sygnatury okrętów. Na ekranach Kharveth pojawiło się kilkanaście fałszywych celów.
Tropiciel potrzebował niespełna trzech minut, by je odrzucić.
Jedi wykorzystali ten czas, żeby przejść za mniejszym księżycem i na krótko zniknąć z bezpośredniego pola widzenia Draavetha. Gdy Kharveth odzyskał namiar, ekspedycja znajdowała się już bliżej pierścienia odłamków.
Jora obserwowała ruchy Sithów z mostka Horyzontu.
— Nie próbują nas otoczyć — powiedziała. — Sprawdzają, jak reagujemy.
— Raevor chce wiedzieć, które okręty osłonimy jako pierwsze — odpowiedziała Saeva.
— Horyzont i Kartograf już zna.
— Nie chodzi tylko o dane. Sprawdza, gdzie są ludzie, których boimy się stracić.
Na obrazie taktycznym Ostrze przyspieszyło, minęło Horyzont w dużej odległości i skierowało się ku Kuźni.
Straż Szlaku natychmiast zmieniła kurs.
— Właśnie dostał odpowiedź — stwierdziła kapitan.
Kaelor Dain ustawił korwetę pomiędzy Ostrzem a jednostką techniczną. Sithowie otworzyli ogień z granicy skutecznego zasięgu. Pierwsze salwy rozlały się po osłonach Straży Szlaku, nie przebijając ich, lecz zmuszając okręt do zejścia z wcześniej wyznaczonego kursu.
Tropiciel zaatakował z drugiej strony.
Nie celował w Straż Szlaku. Ostrzelał przestrzeń przed Kuźnią, zmuszając jej pilota do skrętu w stronę zewnętrznej krawędzi pierścienia.
— Wpychają ją między odłamki — oceniła.
Kuźnia próbowała wrócić do szyku, ale jej ciężki kadłub reagował z opóźnieniem. Okręt nie został zaprojektowany do gwałtownych manewrów. Każda zmiana kursu obciążała zewnętrzne moduły i urządzenia, których nie zdążono odpowiednio zabezpieczyć podczas ewakuacji.
Horyzont ruszył jej na pomoc.
Draaveth przeciął drogę krążownikowi pojedynczą salwą. Nie trafił. Nie musiał. Ogień ciężkich baterii zmusił krążownik do uniku i przerwał manewr.
— On nas rozdziela — powiedziała.
— I nadal nie strzela do nas bezpośrednio — zauważył Taren.
Saeva patrzyła na Kuźnię.
— Bo chce, żebyśmy widzieli.
Na mostku drednota Sithów Dorn obserwował zamykającą się pułapkę.
— Kuźnia nie niesie archiwów — zameldował oficer wywiadu. — Sygnatura odpowiada urządzeniom przemysłowym i generatorom dużej mocy. Załoga prawdopodobnie nie przekracza pięćdziesięciu osób.
— Ostrze ma przejąć napęd — rozkazał Raevor. — Tropiciel odetnie drogę powrotną. Gdy Straż Szlaku spróbuje się zbliżyć, przyciśniecie ją ogniem.
— Zamierzamy dokonać abordażu?
— Nie.
Komandor zrozumiał.
— Chcesz zniszczyć jednostkę techniczną.
— Chcę, żeby Jedi przestali wierzyć, że mogą przeciągać tę grę bez konsekwencji.
— Na jej pokładzie są ludzie, których moglibyśmy przesłuchać.
— Na pozostałych okrętach jest ich więcej.
Ostrze skoncentrowało ogień na Kuźnię.
Jej osłony wytrzymały pierwsze trafienia. Przy kolejnych rozbłysły nierówno, odsłaniając rufową część kadłuba. Jedna z salw przecięła zewnętrzny moduł napędowy. Okręt przechylił się, a z jego burty zaczęły wypadać fragmenty urządzeń i płyty poszycia.
— Kuźnia traci ciąg! — zameldował operator na Horyzoncie.
— Wszystkie jednostki zwrot ku niej — rozkazała Jora.
— Jeśli złamiemy szyk, wystawimy Kartografa — ostrzegł pierwszy oficer.
— Nie zostawimy ich.
Straż Szlaku próbowała przebić się przez ogień Ostrza. Kaelor skierował całą moc do przednich osłon i odpowiedział ze wszystkich dział. Ostrze przyjęło trafienia, lecz nie ustąpiło. Jego tarcze zafalowały i natychmiast odzyskały stabilność.
Tropiciel znalazł się za uszkodzoną jednostką.
Pierwsza salwa uszkodziła stery. Druga przebiła pancerz w pobliżu głównego reaktora.
Na mostku jednostki technicznej rozległ się alarm przeciążenia.
— Kuźnia do wszystkich statków — odezwał się głos jej kapitana. W transmisji trzeszczały zakłócenia. — Utraciliśmy kontrolę nad rdzeniem. Rozpoczynam ewakuację.
— Przystań, przygotować się do podjęcia kapsuł — poleciła Jora. — Obserwator, oznaczać każdy sygnał ratunkowy.
Na jej burtach otworzyły się luki. Pierwsze kapsuły wystrzeliły w stronę pierścienia.
Nie wszystkie zdołały się oddzielić.
Reaktor eksplodował, zanim zakończono ewakuację.
Białe światło pochłonęło środkową część okrętu. Kadłub przełamał się, a fala uderzeniowa rozrzuciła szczątki pomiędzy skalnymi odłamkami. Jedna z kapsuł zniknęła w ogniu. Inna uderzyła w fragment poszycia i zaczęła obracać się bez kontroli.
Na mostku Horyzontu zapadła cisza.
Na ekranie pozostało kilka słabych sygnałów ratunkowych.
— Przystań zmienia kurs — zameldował operator.
Transportowiec wleciał w rozszerzającą się chmurę szczątków. Nie był szybki ani zwrotny, ale miał największe śluzy i wystarczająco dużo miejsca, żeby przyjąć rannych.
Nemi przejęła stanowisko koordynacji ratunkowej.
— Mam trzy kapsuły — powiedziała. — Czwarta obraca się przy większym fragmencie kadłuba. Jej nadajnik nie odpowiada.
— Zostaw ją — rozkazał oficer sensorów. — Nie mamy potwierdzenia, że ktoś przeżył.
Nemi zamknęła oczy.
Wokół niej drżał pokład Horyzontu, pracowały urządzenia i przesuwali się ludzie, ale szukała czegoś słabszego: śladu strachu, bólu, woli utrzymującej się pośród zimnej pustki.
— Są tam — powiedziała. — Co najmniej dwie osoby.
— Nie mamy odczytu.
— Ja mam.
Kapitan spojrzała na obraz wirującej kapsuły.
— Przekazać współrzędne Przystani.
Transportowiec skorygował kurs. Wysunął wiązkę ściągającą i pochwycił kapsułę chwilę przed tym, jak ta zderzyłaby się z kolejnym odłamkiem.
Kharveth nie próbował przeszkodzić w akcji ratunkowej.
— Dlaczego nie strzelają? — zapytał Taren.
Saeva obserwowała cztery nieruchome jednostki przeciwnika.
— Ponieważ chcą, żebyśmy zabrali ocalałych.
— Mogliby ich pojmać.
— Raevor nie potrzebuje kilku rannych techników. Potrzebuje, żebyśmy wiedzieli, że pozwolił nam ich uratować.
Otworzył się kanał komunikacyjny.
Nad projektorem pojawiła się twarz Sitha.
— Mistrzyni Rinn — powiedział. — Straciłaś jeden okręt. Nie musisz stracić następnego. Zatrzymam Horyzont i Kartografa. Pozostałym pozwolę odejść.
Mistrzyni podeszła do projektora.
— Tak jak pozwoliłeś odejść Kuźni?
— Kuźnia próbowała uciekać.
— Wszyscy próbujemy.
— W takim razie wszyscy podejmujecie to samo ryzyko.
— Nie oddam ci ani archiwów, ani ludzi.
Raevor przerwał połączenie bez odpowiedzi.
Polowanie trwało dalej.
Daleki Świt schodził pomiędzy kolejne orbity, wykorzystywał cienie księżyców i zakłócenia magnetyczne, lecz nigdy nie zdołał zgubić przeciwnika na dłużej niż kilka minut. Obserwator rozstawiał boje i fałszywe nadajniki. Kartograf wyznaczał trasy między pierścieniami. Straż Szlaku odpowiadała na każdy pozorowany atak, coraz bardziej obciążając osłony i napęd.
Kharveth nie musiał się spieszyć.
Sithowie obserwowali reakcje ekspedycji i zmuszali jej załogi do ciągłej gotowości. Ostrze podchodziło do szyku, otwierało ogień, a następnie wycofywało się pod osłonę Draavetha. Tropiciel pojawiał się po przeciwnej stronie, sprawdzając, która jednostka pierwsza zmieni kurs. Natarcie trzymało się poza zasięgiem Straży Szlaku, gotowe do wysłania oddziałów abordażowych, gdy tylko któryś ze statków utraci napęd.
Mijały godziny.
Załogi Dalekiego Świtu nie opuszczały stanowisk. Rannych z Kuźni przeniesiono do ambulatorium Przystani, a najciężej poszkodowanych przewieziono promem na Horyzont. Ci, którzy byli w stanie mówić, pytali o ludzi pozostawionych w pozostałych kapsułach.
Nikt nie potrafił im odpowiedzieć.
Siewca zaczął pozostawać w tyle.
Podczas jednego z uników fragment odłamka przebił zewnętrzny zbiornik i uszkodził dwa silniki manewrowe. Awaria nie zagrażała bezpośrednio załodze, lecz transport nie mógł dłużej utrzymywać prędkości pozostałych jednostek.
Kapitan przesunęła krążownik bliżej uszkodzonego transportowca. Przystań zajęła pozycję po jego drugiej stronie. Straż Szlaku osłaniała rufę.
— Dokładnie na to czekali — powiedział pierwszy oficer.
Tropiciel nadlatywał już od strony księżyca.
Ostrze ruszyło za nim, odcinając Straży Szlaku możliwość przejścia. Natarcie przyspieszyło ku Siewcy, przygotowując śluzy abordażowe.
— Możemy odepchnąć jeden okręt — oceniła kapitan. — Nie trzy.
— Nie musimy — odpowiedziała mistrzyni. — Musimy otworzyć Siewcy drogę.
Horyzont zmienił kurs i znalazł się pomiędzy transportowcem a Natarciem.
Sithowie nie otworzyli do niego ognia.
Natarcie odsunęło się, unikając zderzenia, lecz w tej samej chwili Draaveth przesunął ciężkie baterie w stronę Siewcy.
Dorn zobaczył zmianę namiaru.
— Siewca jest nieuzbrojony — powiedział.
— Wiem.
— Znajdują się tam naukowcy i personel medyczny. To potencjalni jeńcy.
Raevor nie odrywał wzroku od ekranu.
— Horyzont zasłonił go własnym kadłubem. Jedi sądzą, że zrozumieli nasze ograniczenia.
— Jeżeli otworzymy ogień, możemy trafić krążownik.
— Dlatego poczekamy.
Draaveth utrzymywał namiar.
Krążownik nie mógł osłaniać transportowca bez końca. Uszkodzony statek zwalniał, a krążownik był zmuszony zwalniać razem z nim. Kartograf, Obserwator i Przystań traciły dystans. Straż Szlaku pozostawała związana walką z dwoma okrętami Sithów.
— Nie utrzymamy tej pozycji — ostrzegła Jora.
Z mostka Siewcy nadeszła transmisja.
— Horyzont, odejdźcie od nas — powiedziała kapitan transportu. — W obecnym szyku dopadną wszystkich.
— Możemy przejąć waszą załogę — odpowiedziała Jora. — Podejdziemy do burty.
— Nie zdążycie.
— To nie jest prośba.
— W takim razie jej nie wykonam.
Siewca samodzielnie zmienił kurs.
Okręt wysunął się zza Horyzontu i skierował ku pierścieniowi, z dala od pozostałych jednostek. Kapitan uruchomiła ostatnie sprawne silniki manewrowe, zmuszając przeciwnika do poprawienia namiaru.
— Co ona robi? — zapytał Taren.
Jora patrzyła na oddalający się transport.
— Kupuje nam czas.
Draaveth otworzył ogień.
Pierwsza salwa zerwała osłony Siewcy. Druga przebiła kadłub za sekcją mieszkalną. Z otwartych luk uciekła atmosfera, porywając fragmenty wyposażenia i poszycia.
Na całym okręcie uruchomiły się kapsuły ratunkowe.
Jednostka nadal przyspieszała.
Trzecia salwa trafiła w rufę.
Transportowiec rozpadł się na trzy części. Przednia sekcja wirowała jeszcze przez kilka sekund, po czym zderzyła się ze skalnym odłamkiem i zniknęła w eksplozji.
Kilka kapsuł uniknęło zniszczenia.
Przystań i Obserwator zawróciły po ocalałych. Straż Szlaku próbowała odciągnąć od nich Ostrze, ale okręt nie podjął pościgu. Cała eskadra Kharveth zatrzymała się poza pierścieniem.
Raevor pozwolił Jedi zebrać tych, którzy przeżyli.
Na pokład Przystani trafiło zaledwie kilkanaście osób. Kolejnych rannych przewieziono na Horyzont. Większość załogi Siewcy nie zdążyła opuścić statku.
Po zakończeniu akcji ratunkowej Daleki Świt liczył pięć okrętów.
Tyle samo, ile czekało niegdyś w dokach enklawy, zanim do wyprawy dołączyły Siewca i Kuźnia. Teraz jednak ich miejsce zajmowały dwie chmury szczątków, oddalające się powoli na różnych orbitach.
Cztery jednostki Kharveth nie straciły ani jednego okrętu.
Straż Szlaku miała osłabione tarcze i uszkodzone działa. Przystań była przeciążona rannymi. Horyzont zużył znaczną część rezerw energii, osłaniając pozostałe statki. Kartograf i Obserwator wciąż działały, ale żaden z nich nie mógł przeciwstawić się przeciwnikowi w otwartej walce.
Przewaga Sithów nie podlegała już wątpliwości.
Kiedy zbliżyła się najwcześniejsza przewidywana godzina migracji, walki ustały.
Pięć okrętów Dalekiego Świtu krążyło nad gazowym olbrzymem w luźnym szyku. Cztery jednostki Kharveth podążały za nimi, utrzymując dystans pozwalający natychmiast wznowić pościg.
Na Horyzoncie Taren próbował dotrzeć do Aruuna.
Na Obserwatorze analizowano każdy ruch gazów w atmosferze planety.
Na Draavethcie uruchamiano promienie ściągające i przygotowywano harpuny przewiezione przez Natarcie.
Wszyscy patrzyli w tę samą pustkę.
Stado nie przybywało.
V. Przybycie stada

Po Siewcy i Kuźni zostały dwa rozszerzające się pola szczątków.
Większe fragmenty kadłubów obracały się powoli w świetle bladej gwiazdy. Między nimi dryfowały wyrwane moduły, pojemniki transportowe i strzępy poszycia. Wśród odłamków pulsowały słabe sygnały kapsuł ratunkowych.
Przystań przyjmowała ostatnich odnalezionych rozbitków. Jej śluzy pozostawały otwarte dłużej, niż pozwalały procedury bojowe, a droidy medyczne czekały w korytarzach, gotowe przejąć rannych bezpośrednio z kapsuł. Obserwator zataczał szerokie kręgi wokół wraków, ponawiając skanowanie miejsc, w których zakłócenia utrudniały wykrycie nadajników.
Straż Szlaku osłaniała obie jednostki.
Jej działa pozostawały skierowane w stronę okrętów Sithów, lecz Kaelor Dain nie wydawał rozkazu otwarcia ognia. Wiedział, że kolejna walka skończyłaby się tak samo jak poprzednia. Eskorta Dalekiego Świtu mogła opóźnić przeciwnika, ale nie mogła go powstrzymać.
Na mostku Horyzontu Jora Pell obserwowała mapę taktyczną.
Pozostało na niej pięć niebieskich oznaczeń. Cztery czerwone symbole przesuwały się za nimi w zwartym szyku.
— Wszystkie odnalezione kapsuły znalazły się na pokładach — zameldował oficer łączności. — Obserwator kończy ostatni przelot. Nie wykrywa kolejnych sygnałów.
Kapitan zacisnęła usta.
Nie zapytała, ilu ludzi nie odnaleziono. Raporty z Przystani spływały na boczny ekran. Rozpoznawała nazwiska członków załóg Siewcy i Kuźni, ale lista ocalałych była znacznie krótsza od obu manifestów.
— Niech Obserwator wraca do szyku — poleciła. — Za trzy minuty opuszczamy strefę szczątków.
— Dokąd? — zapytał drugi pilot.
Spojrzała na błękitnego olbrzyma zajmującego większą część głównego ekranu.
— W strefę migracji.
Saeva Rinn stała za jej fotelem. Nie sprzeciwiła się.
— Jeżeli stado nie przybędzie, zostaniemy tu bez drogi odwrotu — powiedziała kapitan.
— Jeżeli odlecimy teraz, Sithowie dopadną nas przed następnym skokiem.
— Być może nie będą chcieli niszczyć Horyzontu ani Kartografa, ale pozostałe jednostki nie mają dla nich takiej wartości.
— Wiem.
Odwróciła fotel.
— Straciliśmy dwa okręty, mistrzyni. Zabraliśmy na pokład ludzi, dla których nie mamy kajut, zapasów ani miejsc w kapsułach ratunkowych. Przystań wciąż ma problemy z chłodzeniem, a Straż Szlaku zużyła większość torped. Nie możemy czekać bez końca.
— Nie będziemy.
— Ile czasu dajemy stadu?
Mistrzyni spojrzała na Tarena.
Stał przy stanowisku obserwacyjnym, śledząc dane przesyłane przez Kartografa. Wciąż czuł w Mocy obecności ludzi, którzy zdołali opuścić zniszczone okręty. Ich strach mieszał się z bólem rannych i oszołomieniem tych, którzy dopiero po znalezieniu się na bezpiecznym pokładzie zaczynali rozumieć, że reszta ich załóg nie wróci.
Nie potrafił przestać myśleć o tych, którzy nie zdążyli opuścić Siewcy i Kuźni.
— Przewidywane okno migracji otworzy się za siedemnaście minut — powiedział. — Jeśli obecny cykl odpowiada poprzednim obserwacjom.
— A jeśli nie odpowiada? — zapytała kapitan.
Nie odrywał wzroku od ekranu.
— Wtedy nie będzie miało znaczenia, czy poczekamy siedemnaście minut, czy odlecimy teraz.
Przez chwilę spoglądała na niego bez słowa.
Potem odwróciła się ku mapie.
— Wszystkie jednostki do strefy migracji. Szyk ochronny wokół Kartografa i Przystani. Ograniczyć emisje do minimum. Nie dawać Sithom powodu do kolejnego ataku.
Pięć okrętów zmieniło kurs.
Na mostku Draavetha komandor Varek Dorn obserwował ten sam manewr.
— Kierują się ku górnym warstwom atmosfery olbrzyma — zameldował. — Dokładnie na pozycję wskazaną w przechwyconych raportach.
Darth Raevor siedział nieruchomo w fotelu dowódcy.
Na głównym ekranie wciąż widniały dwa pola szczątków. Okręty Sithów nie poniosły poważniejszych strat. Ostrze przegrzało jedną z baterii, Tropiciel stracił kilka czujników, a na pancerzu Natarcia pozostały ślady po trafieniach. Żadna z jednostek nie musiała wycofać się z walki.
Przewaga była całkowita.
— Mogliśmy zniszczyć ich eskortowiec — zauważył komandor. — Po utracie Straży Szlaku nie byliby zdolni do dalszego oporu.
— Nigdy nie byli.
— W takim razie dlaczego pozwalamy im się przegrupować?
Lord Sithów przesunął wzrokiem po pięciu symbolach.
— Ponieważ właśnie prowadzą nas do stada.
— A gdy je znajdą?
— Odbierzemy im je.
Komandor nie odpowiedział od razu.
— Archiwa enklawy zostały zniszczone.
Raevor spojrzał na niego.
— Serwery enklawy były tylko jednym repozytorium. Żadna wyprawa badawcza nie pozostawia jedynej kopii danych w miejscu, które zamierza opuścić. Główne archiwa znajdują się na Kartografie. Kopie najważniejszych zapisów zabrano na Horyzont.
— Nie wiemy, ile z nich zdążono przenieść.
— Dlatego potrzebujemy także badaczy. Jedi, którzy nawiązali więź ze stadem. Techników, którzy zbudowali urządzenia obserwacyjne. Nawigatorów, którzy odtworzyli część trasy.
Pochylił się lekko.
— Nie ścigałem ich po to, żeby spalić odpowiedzi wraz z ich okrętami.
Komandor spojrzał na oznaczenia Horyzontu i Kartografa.
— A pozostałe jednostki?
— Jeśli się poddadzą, przejmiemy okręty razem z załogami. Jeśli staną nam na drodze, zniszczymy je.
W jego głosie nie było gniewu. To właśnie sprawiło, że odpowiedź zabrzmiała groźniej.
— Utrzymać dystans — rozkazał Sith. — Dopóki stado się nie pojawi, nie otwierać ognia.
— A jeżeli Jedi spróbują odlecieć?
— Nie spróbują.
Jego wzrok wrócił ku błękitnemu olbrzymowi.
— Nie mają już dokąd uciekać.
Okręty Dalekiego Świtu dotarły do strefy migracji sześć minut później.
Horyzont i Kartograf zajęły centralną pozycję. Przystań utrzymywała się za nimi, oszczędzając przeciążony układ chłodzenia. Obserwator wysunął się ponad płaszczyznę szyku, skąd jego sensory mogły objąć większą część atmosfery. Straż Szlaku ochraniała pozostałe od strony okrętów Sithów.
Minuty mijały.
Na mostku Kartografa doktor Oren Vask porównywał bieżące odczyty z zapisami poprzednich migracji. Jego holograficzny obraz pojawił się nad stołem nawigacyjnym Horyzontu.
— Brak zgodnych anomalii grawitacyjnych — powiedział. — Nie wykrywamy również śladów wyjścia z nadprzestrzeni.
— Może jeszcze nie dotarły — odparła Jora.
— Albo tym razem obrały inną drogę. Nasze dane obejmują zbyt mało cykli, by mówić o pewności.
Na ekranie zegara minęła granica przewidywanego okna migracji.
Stado nie przybyło.
Nikt na mostku się nie odezwał.
Taren stał przed panoramicznym iluminatorem. Błękitna krzywizna olbrzyma rozciągała się pod okrętem, poprzecinana wirującymi pasmami chmur. W ich głębi migotały rozległe wyładowania.
Nemi Aro podeszła do niego.
Na jej tunice pozostały ciemne ślady po akcji ratunkowej. Lewy rękaw był rozdarty, a na dłoniach zaschła krew jednego z ludzi wyciągniętych z kapsuły. Od chwili powrotu na Horyzont nie znalazła czasu, żeby się przebrać.
— Niczego nie czuję — powiedziała.
— Ja również.
— Może próbujemy nie tam, gdzie trzeba.
Spojrzał na nią.
— Obserwator przeszukuje cały układ.
— Mówię o nas, nie o sensorach.
Padawanka podeszła bliżej iluminatora.
— Za każdym razem czekaliśmy, aż pojawią się nad atmosferą. Wypatrywaliśmy ich w przestrzeni, jakby miały przylecieć zwykłym szlakiem.
— W poprzednich cyklach tak je wykrywaliśmy.
— Wykrywaliśmy je dopiero wtedy, gdy pozwalały się zobaczyć.
Jego wzrok wrócił ku wirującym chmurom.
— Myślisz, że już tu są?
— Myślę, że powinniśmy przestać ich szukać jak okrętów.
Nemi zamknęła oczy.
Poszedł za jej przykładem.
Nie sięgnął ku przestrzeni otaczającej planetę. Pozwolił, by jego uwaga opadła wraz z atmosferycznymi prądami, głębiej, między warstwy gazu rozświetlane błyskawicami. Początkowo czuł tylko potęgę olbrzyma: ruch, ciśnienie i burze trwające znacznie dłużej niż życie niejednego człowieka.
Pod tym wszystkim znajdował się jednak inny rytm.
Powolny.
Wielogłosowy.
Żywy.
Wstrzymał oddech.
Nie usłyszał dźwięku. To, co do niego dotarło, przypominało pieśń jedynie dlatego, że jego umysł nie znał lepszego sposobu na opisanie dziesiątek obecności poruszających się we wspólnym rytmie.
— Są tutaj — wyszeptał.
Padawanka otworzyła oczy.
— Gdzie?
Położył dłoń na iluminatorze.
— Pod nami.
Pierwsze odczyty pojawiły się sekundę później.
— Kontakt! — zawołał operator sensorów. — Liczne obiekty w górnych warstwach atmosfery. Wznoszą się.
Na głównym ekranie ukazały się niewyraźne sylwetki.
Purrgile wyłaniały się z chmur jeden po drugim. Najpierw pojawiały się długie macki, falujące w polu magnetycznym planety. Potem ponad atmosferę wynurzały się masywne ciała, połyskujące odcieniami błękitu i fioletu. Wyładowania przebiegały po ich skórze, nie wyrządzając im widocznej krzywdy.
Było ich kilkadziesiąt.
Najmniejsze dorównywały rozmiarami promom. Największe przewyższały długością część okrętów Dalekiego Świtu. Wypływały z atmosfery bez pośpiechu, jakby pustka między światami była jedynie kolejnym oceanem.
Przewodził im Aruun — osobnik alfa.
Jego ciało nosiło ślady dawnych ran. Jasne linie bioluminescencji układały się wzdłuż boków i macek, pulsując w rytmie odmiennym od pozostałych członków stada. Był większy od Horyzontu.
Taren zetknął się z jego świadomością.
Wcześniej wyczuwał Aruuna jedynie przez chwilę, z oddali, jak obecność przesuwającą się poza granicą pojmowania. Teraz nie dzieliły ich ani warstwy atmosfery, ani tysiące kilometrów przestrzeni.
Aruun rozpoznał go.
Nie po imieniu. Nie po twarzy.
Po śladzie, jaki pozostawiał w Mocy.
Jedi zobaczył Nydorę z perspektywy, której nie potrafiłby sobie wyobrazić. Gazowy olbrzym nie był planetą, lecz miejscem odpoczynku na drodze obejmującej tysiące gwiazd. Księżyce nie miały nazw. Były punktami, między którymi stado przemieszczało się przez kolejne pokolenia.
Potem dotarł do niego ból ludzi zgromadzonych na okrętach.
Strach rozbitków.
Puste miejsca pozostawione przez tych, których nie uratowano.
Jedi poczuł, że purrgil nie rozumie przyczyny ich cierpienia. Rozpoznaje jednak samo cierpienie.
— Widzi nas? — zapytała Nemi.
— Nie tak jak my — odpowiedział. — Ale wie, że tu jesteśmy.
Saeva zbliżyła się do nich.
— Możesz do niego dotrzeć?
— Już dotarłem.
— W takim razie poproś go o pomoc.
Taren pokazał Aruunowi płonącą enklawę, szczątki Siewcy i Kuźni oraz ludzi stłoczonych na pokładach ocalałych okrętów. Pokazał mu także jednostki Sithów, które podążały za nimi.
Potem przekazał jedną prostą prośbę.
Zabierz nas stąd.
Odpowiedź Aruuna nie była słowem.
Była kierunkiem.
Zobaczył gwiazdy rozciągające się w linie, ciemność większą niż przestrzeń między układami oraz odległe światło — galaktykę, której nikt z ludzi nie znał.
Poczuł również ostrzeżenie.
Droga nie była przeznaczona dla nich.
— Nie mamy innej — wyszeptał.
Na mostku rozległ się następny alarm.
Czerwone symbole ruszyły.
Draaveth i Natarcie przyspieszały w stronę stada. Ostrze zmieniło kurs, aby odciąć Straży Szlaku drogę przechwycenia. Tropiciel wznosił się ponad płaszczyznę układu, zajmując pozycję nad purrgilami.
— Sithowie rozpoczęli manewr — zameldował oficer taktyczny.
Jora otworzyła kanał do wszystkich okrętów.
— Straż Szlaku, osłonić stado. Obserwator, zakłócić namiar Natarcia. Pozostałe jednostki utrzymują pozycje.
Saeva odwróciła się od iluminatora.
— Nie możemy dopuścić, żeby otworzyli ogień w środku stada.
— Jeżeli ich nie zatrzymamy, zrobią coś gorszego — odpowiedziała Jora.
Dorn obserwował rosnące odczyty energetyczne na mostku Draavetha.
— Stado potwierdzone — powiedział oficer sensorów. — Zidentyfikowaliśmy osobnika odpowiadającego zapisom oznaczonym nazwą Aruun.
Raevor wstał.
— Główna bateria promienia ściągającego ma uchwycić przewodnika stada. Natarcie podejdzie od dołu i odpali harpuny.
Komandor spojrzał na taktyczny obraz purrgila.
— Jeżeli go zranimy, stado może się rozproszyć.
— Nie rozproszy się.
— Nie mamy pewności.
— Przewodnik nie zostawi stada. Stado nie zostawi przewodnika.
— A jeżeli sprowokujemy je do natychmiastowego skoku?
Popatrzył na zbliżające się okręty Jedi.
— Właśnie dlatego przywiążemy się do niego pierwsi.
Draaveth otworzył główny emiter.
Stożek niewidocznej energii przeciął przestrzeń i zamknął się wokół Aruuna. Purrgil szarpnął całym ciałem. Jego macki rozłożyły się szeroko, a bioluminescencyjne linie rozbłysły gwałtownie.
Taren zachwiał się.
— Co się dzieje? — zapytała Nemi.
— Trzymają go.
Natarcie nadlatywało od strony atmosfery. Panele na jego dziobie rozsunęły się, odsłaniając wyrzutnie magnetycznych harpunów.
Obserwator wysłał impuls zakłócający. Celownik okrętu Sithów zadrżał, lecz nie zgasł. Tropiciel odpowiedział własnym impulsem, zmuszając jednostkę zwiadowczą Jedi do zmiany kursu.
Straż Szlaku ruszyła ku Natarciu.
Ostrze zagrodziło jej drogę.
Pierwsze salwy przecięły przestrzeń między okrętami.
— Taren — powiedziała Saeva. — Ostrzeż go.
Jedi sięgnął ku Aruunowi.
Nie miał słów, które mógłby mu przekazać. Pokazał mu więc zbliżający się okręt. Otwarte wyrzutnie. Metalowe pociski. Zagrożenie.
Aruun zrozumiał.
Obrócił się gwałtownie, ciągnąc za sobą wiązkę Draavetha. Pozostałe purrgile zmieniły pozycje razem z nim. W jednej chwili spokojne stado stało się poruszającą się ścianą olbrzymich ciał.
Natarcie wystrzeliło.
Pierwszy harpun minął Aruuna i zniknął między jego mackami.
Drugi wbił się w bok purrgila.
Przewód naprężył się między żywym ciałem a dziobem okrętu Sithów.
Krzyk rannego purrgila przetoczył się przez Moc.
Taren upadł na kolana.
Nemi zdążyła go podtrzymać, zanim uderzył głową o pokład. Wokół nich zgasła część świateł, gdy Horyzont skierował dodatkową energię do osłon.
W przestrzeni całe stado odpowiedziało na cierpienie przewodnika.
Dziesiątki purrgili rozbłysły błękitnym światłem.
Nie szykowały się do walki.
Szykowały się do odejścia.
VI. Przejście

Wszystkie purrgile ruszyły w tym samym momencie.
Aruun gwałtownie przyspieszył ku zewnętrznej części układu, ciągnąc za sobą wiązkę Draavetha i przewód łączący go z Natarciem. Pozostałe purrgile podążyły za nim. Ich ciała poruszały się we wspólnym rytmie, jakby ból przewodnika przeszedł przez całe stado i zmienił się w jeden rozkaz.
Uciekać.
Natarcie zostało szarpnięte tak gwałtownie, że jego dziób obrócił się w stronę purrgila. Przewód harpuna napiął się, a mocowania wyrzutni zaczęły odrywać się od kadłuba.
— Pełny ciąg wsteczny! — rozkazała kapitan Ilyra Kesh. — Utrzymać naprężenie przewodu!
— Mocowanie nie wytrzyma! — odpowiedział oficer techniczny.
— Ma wytrzymać do chwili wejścia w nadprzestrzeń.
Draaveth również utracił kurs. Główna wiązka promienia ściągającego pozostawała zamknięta wokół osobnika alfa, lecz drednot nie zatrzymywał purrgila. To przewodnik stada ciągnął za sobą okręt.
Na mostku zgasło kilka pulpitów. Sztuczna grawitacja osłabła, po czym wróciła z gwałtownym szarpnięciem.
Dorn przytrzymał się stanowiska nawigacyjnego.
— Stracimy główny emiter — ostrzegł.
Raevor nie odrywał wzroku od purrgila.
— Utrzymać wiązkę.
— Nie zatrzymamy go.
— Nie próbujemy go zatrzymać.
Komandor zrozumiał.
Raevor chciał, aby osobnik alfa zabrał ich ze sobą.
— Ostrze i Tropiciel mają dołączyć do szyku — rozkazał Sith. — Trzymać się jak najbliżej Draavetha.
— Nie wiemy, co stanie się podczas skoku.
— Dlatego żadna jednostka nie może pozostać poza stadem.
Na mostku Horyzontu Taren wciąż klęczał przy panoramicznym iluminatorze. Nemi podtrzymywała go za ramiona.
— Za nimi — powiedział.
Jora spojrzała na zmieniające się odczyty.
— Przystań nie utrzyma ich przyspieszenia.
— Aruun nie będzie czekał.
— W takim razie go stracimy.
Taren uniósł głowę.
— Nie musimy dorównać mu prędkością. Musimy znaleźć się blisko stada, zanim rozpocznie przejście.
Kapitan nie wiedziała, skąd rycerz czerpał tę pewność. Nie miała jednak innej odpowiedzi ani innego planu.
Otworzyła kanał do pozostałych jednostek.
— Daleki Świt, pełny ciąg. Horyzont prowadzi. Kartograf za nami. Przystań w środku szyku. Obserwator i Straż Szlaku zamykają formację.
— Ostrze blokuje nam drogę do stada — odpowiedział Kaelor. W tle rozlegały się alarmy i odgłosy wystrzałów.
— Musicie się przebić.
— Właśnie próbujemy.
Kanał zamilkł.
Straż Szlaku znajdowała się między Ostrzem a ostatnimi purrgilami. Okręt Sithów prowadził ogień krótkimi, dokładnie mierzonymi seriami. Nie próbował zniszczyć eskortowca. Zmuszał go do utrzymywania pozycji z dala od stada.
Rycerz wyczuwał kolejne salwy w Mocy jako krótkie przebłyski zamiaru poprzedzające rzeczywiste wystrzały.
— Cała moc na przednie osłony — rozkazał. — Kurs bezpośrednio na Ostrze.
— Zamierza pan taranować?
— Nie.
Straż Szlaku przyspieszyła.
Ostrze otworzyło ogień ze wszystkich przednich baterii. Osłony eskortowca rozbłysły, pochłaniając kolejne trafienia. Eskortowiec nie zmienił kursu.
Dopiero gdy oba okręty znalazły się niebezpiecznie blisko siebie, okręt Sithów odchylił dziób.
Właśnie na ten manewr czekał dowódca Straży Szlaku.
— Teraz.
Eskortowiec obrócił się na bocznych silnikach i prześlizgnął pod okrętem Sithów. Kadłuby minęły się w odległości mniejszej niż długość promu. Zanim artylerzyści Ostrza odzyskali cel, eskorta Jedi pędziła już w stronę stada.
Ostrze ruszyło za mijającą je Strażą Szlaku.
Z przeciwnej strony nadlatywał Obserwator, ścigany przez Tropiciela. Okręt zwiadowczy Jedi wykorzystywał przewagę sensorów, przemykając pomiędzy większymi członkami stada. Ścigająca go jednostka trzymała się blisko, ignorując możliwość zderzenia.
Dziewięć okrętów znalazło się pośród purrgili.
Tylko Draaveth i Natarcie pozostawały bezpośrednio połączone z Aruunem. Drednot utrzymywał go w wiązce promienia ściągającego, a z dziobu Natarcia ciągnął się napięty przewód harpuna. Pozostałe jednostki leciały o własnych siłach, próbując utrzymać się blisko stada.
Purrgile zaczęły zmieniać szyk.
Mniejsze osobniki zajęły miejsca wewnątrz formacji. Większe przesunęły się na zewnątrz. Każde ciało otoczyła błękitna poświata, początkowo słaba, a potem coraz intensywniejsza.
Pojedyncze pola zaczęły się łączyć.
Na ekranach Horyzontu pojawiły się odczyty, których komputer nie potrafił sklasyfikować. Przestrzeń wokół purrgili drżała. Światło odległych gwiazd uginało się, jakby całe stado znajdowało się wewnątrz ogromnej soczewki.
— Wzrost energii na całym obszarze formacji — zameldował operator sensorów. — Pole obejmuje również okręty.
Kapitan spojrzała na pięć oznaczeń Dalekiego Świtu.
— Utrzymać szyk. Żaden okręt nie może pozostać poza polem.
Poświata otaczająca purrgile stała się jednym polem. Nie było już osobnych źródeł energii. Całe stado tworzyło wspólną przestrzeń przejścia, obejmującą wszystkie znajdujące się pomiędzy nim okręty.
Spróbowała skorygować kurs.
Sterowanie odpowiedziało, lecz kierunek lotu Horyzontu się nie zmienił. Silniki nadal pracowały. Okręt przestał jednak poruszać się zgodnie z ich ciągiem.
Prowadziło go pole stada.
— Nie możemy zmienić kursu — powiedział pilot.
— Hipernapęd?
— Nieaktywny. Okręt znajduje się wewnątrz pola stada i porusza się razem z nim.
Na głównym ekranie gwiazdy zaczęły się wydłużać.
Włączyła kanał ogólny.
— Wszystkie sekcje przygotować do niekontrolowanego przejścia. Zamknąć grodzie. Zabezpieczyć rannych i rozbitków. Odłączyć sensory dalekiego zasięgu od głównej sieci. Zmniejszyć moc reaktorów do poziomu awaryjnego.
— Kapitanie — odezwał się Oren Vask z Kartografa — musimy rejestrować przejście.
— Jeżeli pozostawicie sensory włączone, możecie stracić całe archiwum.
— To może być jedyna okazja, żeby poznać trasę.
— Zapisujcie na odizolowanych modułach. Jeśli system zacznie się przeciążać, odłączcie je ręcznie.
Przestrzeń przed Aruunem rozwarła się.
Nie przypominała wejścia w zwykły korytarz nadprzestrzenny. Nie pojawił się pojedynczy punkt, ku któremu zmierzały okręty. Błękitne światło rozlało się przed całym stadem, pochłaniając gwiazdy i pustkę.
Dorn patrzył z mostka Draavetha, jak blask obejmuje dziób drednota.
— Nadal możemy zerwać wiązkę — powiedział. — Gdy odłączymy emiter i wykonamy pełny zwrot, być może wydostaniemy się z pola.
— Nie.
— Nie wiemy, dokąd prowadzi to przejście.
— Jedi wiedzą.
Komandor spojrzał na Horyzont. Okręt nie prowadził stada. Podobnie jak pozostałe jednostki był niesiony przez rosnące pole.
— Nie — powiedział. — Oni również nie wiedzą, dokąd lecą.
Raevor nie odpowiedział.
Po raz pierwszy od rozpoczęcia operacji wiedział równie mało jak ścigani przez niego Jedi.
Było jednak za późno na odwrót.
Błękitne światło pochłonęło przewodnika stada.
Za nim zniknęły kolejne purrgile, a wraz z nimi Natarcie i Draaveth. Wspólne pole pociągnęło pozostałe jednostki. Horyzont, Kartograf, Przystań, Obserwator i Straż Szlaku zniknęły niemal jednocześnie. Ostrze i Tropiciel zostały porwane ułamek sekundy później.
Układ Nydora opustoszał.
Po dziewięciu okrętach pozostały jedynie szczątki zniszczonej enklawy, wraki Siewcy i Kuźni oraz słabnące ślady energii.
Przejście nie przypominało zwykłego skoku.
Nie było stabilnego tunelu, wyliczonego wektora ani widocznego celu. Dziewięć okrętów znalazło się wewnątrz pola tworzonego przez stado. Ich hipernapędy pozostawały wyłączone, a mimo to poruszały się z prędkością, której nie potrafił określić żaden komputer.
Światło nie płynęło wzdłuż kadłubów. Załamywało się wokół nich, zmieniając kierunek przy każdym ruchu purrgili.
Na Horyzoncie zawiodła główna sieć sensorów.
Jedna po drugiej gasły sekcje panoramicznego ekranu. Po chwili załoga widziała już tylko obraz z kamer optycznych: błękitne i fioletowe ciała purrgili przesuwające się w jasnej pustce.
Okręt zadrżał.
Nie było to uderzenie ani turbulencja. Przeciążenie nadeszło ze wszystkich stron jednocześnie. Ludzie przy stanowiskach zostali wciśnięci w fotele, a potem poderwani przez nagły zanik grawitacji.
Jora uderzyła ramieniem o pas bezpieczeństwa.
— Raport!
— Sztuczna grawitacja niestabilna!
— Utrata łączności z trzecią i piątą sekcją!
— Przeciążenie systemów nawigacyjnych!
— Wyłączyć nawigację — rozkazała. — Nie prowadzi nas komputer.
— Co w takim razie prowadzi?
Kapitan spojrzała na osobnika alfa widocznego przed dziobem.
— On.
Na Przystani prowizorycznie naprawiony kolektor chłodzenia ponownie zaczął tracić szczelność.
Bex Orlan i jego technicy pracowali w przedziale napędowym, przywiązani linami zabezpieczającymi do konstrukcji kadłuba. Przy każdym zaniku grawitacji narzędzia unosiły się nad podłogą. Kiedy przeciążenie wracało, spadały z siłą zdolną zmiażdżyć kości.
— Ciśnienie w głównym obiegu spada! — zawołał jeden z techników.
— Zamknąć trzeci przewód! — odpowiedział mechanik.
— Stracimy chłodzenie lewego silnika.
— Silnik nie jest nam teraz potrzebny. Reaktor jest.
Zawór nie odpowiadał.
Orlan podciągnął się po linie i zamknął go ręcznie.
Temperatura reaktora przestała rosnąć, lecz Przystań utraciła połowę ciągu. Nie wypadła jednak z formacji. Pole stada nadal niosło ją razem z pozostałymi okrętami.
Na Kartografie moduły archiwalne zapisywały dane szybciej, niż systemy potrafiły je porządkować.
— Przepełnienie pierwszego zespołu pamięci — zameldował technik.
— Odizolować go — polecił Oren Vask. — Uruchomić drugi.
— Nie wiemy, czy te dane cokolwiek znaczą.
— Dowiemy się, jeśli przeżyjemy.
Na ekranach pojawiały się ciągi wartości, które nie odpowiadały żadnemu znanemu modelowi nadprzestrzeni. Czas pomiaru różnił się pomiędzy sensorami. Odległości zmieniały się bez związku z prędkością okrętu. Co kilka sekund system wskazywał, że Kartograf zajmuje jednocześnie kilka pozycji.
Badacz przestał próbować rozumieć odczyty.
Kazał je tylko zachować.
Na pokładzie Obserwatora układ sztucznej grawitacji uległ chwilowej awarii. Załoga pracowała przypięta do stanowisk, podczas gdy iskry i luźne przedmioty wirowały po mostku. Główne sensory odbierały jedynie bezużyteczny szum, dlatego dowódca polecił kolejno odłączać przeciążone moduły, zanim awaria objęła cały system.
Straż Szlaku utrzymywała pozycję przy zewnętrznej krawędzi stada. Kaelor wyczuwał zmiany w ruchu stada chwilę przed tym, jak rejestrowały je czujniki. Przekazywał pilotowi poprawki pozwalające utrzymać korwetę z dala od purrgili i pozostałych okrętów.
Nie mogli wpłynąć na kierunek ani prędkość przejścia. Pozostawało im utrzymać okręt w całości aż do jego końca.
Po przeciwnej stronie formacji Ostrze utraciło część generatorów osłon. Eksplozja rozdarła jeden z przedziałów technicznych, lecz automatyczne grodzie zamknęły się, zanim okręt stracił zbyt wiele atmosfery.
Tropiciel stracił większość sensorów dalekiego zasięgu. Jego załoga widziała jedynie położenie najbliższych purrgili i sygnał naprowadzający Draavetha.
Na Natarciu przewód harpuna wciąż łączył dziób okrętu z Aruunem.
Każda zmiana kierunku purrgila przenosiła naprężenie na konstrukcję jednostki. Poszycie wokół wyrzutni pękało. Jedno z mocowań wyrwało się z kadłuba i zniknęło w błękitnym świetle, ale drugi harpun nadal tkwił w ciele przewodnika stada.
— Odciąć przewód — powiedział oficer techniczny.
Kapitan spojrzała na wskazania konstrukcji dziobowej.
— Rozkaz brzmiał: utrzymać połączenie.
— Jesteśmy już wewnątrz pola. Nie potrzebujemy go.
— Nie wiemy, co się stanie, jeśli je zerwiemy.
— Wiemy, co się stanie, jeżeli mocowanie oderwie cały dziób.
Zawahała się.
Zanim podjęła decyzję, wskaźniki naprężenia gwałtownie spadły. Pole stada przejęło ciężar okrętu. Przewód nadal pozostawał napięty, ale przestał ciągnąć Natarcie z pełną siłą.
— Zostawić — rozkazała.
Na Draavethcie główny emiter promienia ściągającego zaczął się przegrzewać.
— Temperatura krytyczna — zameldował oficer. — Musimy wyłączyć wiązkę.
Raevor patrzył na Aruuna.
— Jeszcze nie.
— Za kilkanaście sekund przeciążenie dotrze do głównej sieci.
Dorn podszedł do stanowiska.
— Znajdujemy się wewnątrz pola. Nawet jeśli wyłączymy promień, nie wypadniemy z przejścia.
— Nie masz pewności.
— Nie. Ale mam pewność, że eksplozja emitera uszkodzi dziób.
Alarm zmienił ton.
Komandor nie czekał na kolejną odpowiedź.
— Wyłączyć promień ściągający.
Oficer wykonał rozkaz.
Wiązka zniknęła.
Draaveth pozostał wewnątrz pola stada.
Lord Sithów odwrócił się powoli ku Dornowi.
Na mostku zapadła cisza, przerywana jedynie alarmami.
— Podważyłeś mój rozkaz — powiedział Sith.
— Ocaliłem emiter i okręt.
— To nie do ciebie należy ocena ich wartości.
— Bez okrętu nie przejmiemy ani archiwów, ani jeńców.
Przez chwilę spoglądał na niego bez słowa.
Komandor wiedział, że po dotarciu do celu ta rozmowa może kosztować go życie. Miał również świadomość, że gdyby nie wydał rozkazu, mogli nie mieć żadnego celu, do którego dałoby się dotrzeć.
Sith odwrócił się ku ekranowi.
— Ustabilizować reaktor — polecił.
Wrócił na swoje miejsce.
Nie uznał tego za zwycięstwo.
Na Horyzoncie Taren wciąż pozostawał połączony z Aruunem.
Czuł harpun tkwiący w ciele purrgila. Nie odbierał bólu jak własnej rany, lecz jego umysł nie potrafił całkowicie oddzielić cierpienia Aruuna od własnych zmysłów. Z każdym szarpnięciem przewodu tracił oddech.
Widział drogę.
Gwiazdy rodziły się i gasły wokół stada. Galaktyki przesuwały się w ciemności jak odległe wyspy światła. Nie potrafił rozpoznać, czy obserwował rzeczywiste miejsca, wspomnienia purrgila, czy obrazy tworzone przez własny umysł.
Czas przestał mieć znaczenie.
Nie wiedział, czy podróż trwała minuty, godziny czy całe dni.
Nemi trzymała go za rękę.
— Taren — mówiła. — Słyszysz mnie?
Nie odpowiadał.
Jego oddech stawał się coraz płytszy.
Saeva uklękła po drugiej stronie.
— Jest zbyt głęboko — powiedziała Nemi.
— Wiem.
— Musimy zerwać połączenie.
— Jeżeli zrobimy to gwałtownie, możemy stracić ich obu.
— A jeśli niczego nie zrobimy?
Mistrzyni spojrzała na nieruchomą twarz rycerza.
Nie miała dobrej odpowiedzi. Miała tylko wybór pomiędzy dwoma rodzajami ryzyka.
Położyła dłoń na jego czole.
Nie próbowała odciąć go od Aruuna. Sięgnęła ku temu, co nadal łączyło go z ludźmi na pokładzie Horyzontu.
Pokazała mu kamienne korytarze enklawy na Nydorze.
Chłód sali medytacyjnej przed świtem.
Nemi śmiejącą się po tym, jak podczas treningu po raz kolejny rozbiła zdalniaka o ścianę.
Zapach smaru w warsztacie Przystani.
Głos Jory wydającej rozkazy na mostku.
Drobne wspomnienia. Zwyczajne obrazy. Wszystko, co przypominało mu, że jego życie nie kończyło się na świadomości Aruuna.
Padawanka zamknęła oczy i dołączyła do mistrzyni.
Nie próbowała wyciągać nauczyciela siłą.
Przypomniała mu, że czeka.
Taren drgnął.
Zaczerpnął gwałtownie powietrza.
Nie zerwał więzi z osobnikiem alfa, lecz odnalazł drogę powrotną do własnego ciała. Ból purrgila nadal był obecny. Nie wypełniał już jednak całego jego umysłu.
— Taren? — zapytała Nemi.
Jego powieki poruszyły się.
W tej samej chwili rytm stada uległ zmianie.
Purrgile zacieśniły formację. Błękitne pole wokół nich zaczęło pulsować coraz szybciej. Okręty zadrżały, a na mostkach wszystkich dziewięciu jednostek rozległy się nowe alarmy.
Przed przewodnikiem stada pojawiła się wąska szczelina bladego światła.
Z każdą chwilą rozszerzała się, a w jej głębi pojawiały się pojedyncze gwiazdy.
Taren otworzył oczy.
— Zbliżamy się — wyszeptał.
— Do celu? — zapytała Nemi.
— Nie wiem. Ale za chwilę wyjdziemy z przejścia.
VII. Nieznany układ

Taren otworzył oczy w chwili, gdy błękitne światło pękło.
Nie zgasło ani nie rozproszyło się stopniowo. Zniknęło w jednym gwałtownym błysku, odsłaniając gwiazdy, których nie rozpoznawał żaden z komputerów Horyzontu.
Krążownik wypadł z pola stada bez ustalonego kursu. Kadłub przechylił się, a przeciążenie cisnęło ludźmi w pasy bezpieczeństwa. Na mostku rozległ się trzask pękających osłon paneli. Panoramiczny ekran wypełnił się zakłóceniami, po czym pokazał czarną przestrzeń przeciętą światłem pobliskiej gwiazdy.
— Wyrównać lot! — rozkazała Jora.
Piloci uruchomili silniki manewrowe. Pierwszy nie odpowiedział. Drugi zadziałał z opóźnieniem i obrócił okręt jeszcze mocniej. Dopiero trzeci impuls powstrzymał obrót.
Sztuczna grawitacja wróciła.
Nemi osunęła się na podłogę obok nauczyciela. Saeva pomogła im obojgu usiąść pod podstawą iluminatora.
— Taren?
Rycerz słyszał jej głos, lecz nie potrafił od razu odpowiedzieć. Świadomość Aruuna nadal wypełniała część jego umysłu. Czuł ból purrgila, ruch stada i nagłe rozdarcie wspólnej drogi.
Potem więź zaczęła słabnąć.
— Żyje — wyszeptał.
— Aruun?
Skinął głową.
Za iluminatorem purrgile wypadały z przejścia jeden po drugim. Pojawiały się w różnych odległościach, otoczone resztkami błękitnej poświaty. Ich formacja rozciągnęła się na tysiące kilometrów.
Pomiędzy nimi dryfowały okręty.
Draaveth nadal znajdował się najbliżej osobnika alfa, chociaż wiązka promienia ściągającego już nie działała. Natarcie ciągnęło za sobą przewód harpuna. Jego koniec ginął pomiędzy mackami rannego purrgila.
Pozostałe jednostki opuszczały przejście w szerokim rozproszeniu. Nie tworzyły dwóch flot ani żadnego rozpoznawalnego szyku. Każda zachowała inny kierunek i inną prędkość.
— Raport nawigacyjny — zażądała kapitan.
Przez kilka sekund nikt nie odpowiadał.
Na stanowiskach pojawiały się kolejne wyniki, lecz komputer odrzucał je natychmiast jako sprzeczne. Gwiazdy widoczne przez iluminator nie odpowiadały zapisom w bankach nawigacyjnych. Pulsary, według których można było ustalić położenie, znajdowały się w niewłaściwych miejscach albo nie istniały.
Pierwszy pilot ponowił obliczenia.
— Nie mam pozycji.
— Względem Nydory?
— Względem czegokolwiek.
Jora spojrzała ku stołowi nawigacyjnemu.
— Kartograf?
Odpowiedziały tylko zakłócenia.
Operator łączności zmienił pasmo i zwiększył moc nadajnika. Tym razem z głośników dobiegł fragment głosu Orena Vaska.
— …powtarzam, nie rozpoznajemy żadnej… układ planetarny… sześć głównych…
Transmisja urwała się.
Na centralnej projekcji zaczęły pojawiać się pierwsze dane z sensorów krótkiego zasięgu. W pobliżu znajdowała się pojedyncza żółta gwiazda. Wokół niej krążyło sześć planet, od niewielkich światów skalistych po dwa olbrzymy położone w zewnętrznej części układu.
Najbliżej okrętów znajdowała się trzecia planeta.
Była niemal w całości pokryta wodą. Przez gęstą atmosferę przebijały zarysy kilku rozległych lądów. Wokół świata krążyły trzy księżyce.
— Atmosfera? — zapytała Saeva.
— Azot, tlen, para wodna i śladowe ilości innych gazów — odczytał operator. — Wstępnie… zdatna do oddychania.
Na mostku zapadła cisza.
Po ucieczce z płonącej enklawy, po utracie dwóch okrętów i przejściu przez przestrzeń oddzielającą galaktyki pierwszą rzeczą, jaką odnaleźli, był świat, na którym człowiek mógł przeżyć.
— Potwierdzić odczyt — poleciła Jora.
— Sensory nadal się kalibrują.
— W takim razie potwierdzać, dopóki nie będziemy pewni.
Taren podniósł się przy pomocy Nemi. Wpatrywał się w niebiesko-białą planetę, lecz jego uwaga nadal podążała za oddalającą się świadomością purrgila.
Aruun gwałtownie zmienił kierunek.
Przewód harpuna naprężył się po raz ostatni. Uszkodzone mocowanie na dziobie Natarcia wyrwało się z kadłuba, obracając w przestrzeni wraz z kilkudziesięciometrowym odcinkiem poszycia. Zerwana lina zwinęła się pomiędzy mackami przewodnika stada.
Purrgil był wolny.
Pozostałe osobniki natychmiast otoczyły go zwartą formacją. Mniejsze znalazły się najbliżej rannego boku, większe przesunęły się na zewnątrz.
— Odchodzą — powiedziała Nemi.
Taren czuł to samo.
Przez krótką chwilę dotarł do niego ostatni obraz: ciemność między galaktykami, setki podobnych dróg i świat oceanów oglądany z odległości większej, niż potrafił pojąć.
Nie było w nim obietnicy powrotu.
Nie było również pożegnania.
Stado podążało dalej.
Bioluminescencyjne linie na ciałach purrgili rozbłysły, a przestrzeń przed nimi zaczęła się odkształcać. Tym razem żaden z okrętów nie znajdował się wewnątrz tworzonego pola. Aruun zniknął pierwszy. Kolejne osobniki podążyły za nim, aż ostatnia błękitna poświata zamknęła się pośród obcych gwiazd.
Taren poczuł pustkę.
Nie była całkowita. W Mocy pozostawały świadomości ludzi na dziewięciu okrętach oraz życie na pobliskiej planecie — rozległe, różnorodne i zbyt odległe, by rozpoznać cokolwiek więcej.
Stada jednak już nie było.
— Zabrał nas tak daleko, jak mógł — powiedziała Saeva.
Rycerz nie odpowiedział.
Na mostku Draavetha wygasło światło pozostawione przez purrgile.
Raevor obserwował nieznaną planetę. Jej obraz był niestabilny, pełen zakłóceń i błędów wynikających z przeciążenia sensorów. Mimo to widział oceany, chmury i ciemne zarysy lądów.
— Pozycja — zażądał.
— Nieznana — odpowiedział nawigator.
— Ustalić ją.
— Nie mamy punktów odniesienia. Żadna widoczna gwiazda nie odpowiada mapom.
— W takim razie rozszerzyć katalog.
Nawigator nie poruszył się.
— Do jakiego obszaru?
Dorn spojrzał znad własnego stanowiska.
Komandor powiększył obraz nieba. Program próbował dopasować układ gwiazd do kolejnych sektorów, lecz za każdym razem zwracał ten sam wynik.
Brak zgodności.
— Żaden katalog nie zawiera tego układu — powiedział Dorn. — Możemy określić jedynie nasze położenie względem tutejszej gwiazdy i planet.
— To za mało.
— Dopóki nie odnajdziemy rozpoznawalnego punktu odniesienia, to wszystko, co mamy.
Na obrazie taktycznym pojawiały się sygnatury pozostałych jednostek. Część była słaba albo znikała pod wpływem zakłóceń, ale wszystkie dziewięć okrętów przetrwało przejście.
Raevor odnalazł oznaczenia Kartografa i Horyzontu.
— Przygotować pościg.
— Nie mamy pełnej kontroli nad napędem — ostrzegł komandor. — Główny reaktor pracuje niestabilnie, a nawigacja nadal nie potrafi określić naszej prędkości względem planety.
— Wystarczy kierunek.
— Nie, jeżeli jesteśmy już przechwytywani przez jej grawitację.
Na ekranie pojawiło się ostrzeżenie.
Chwilę później kolejne.
Sensory Draavetha wykryły szeroki front wysokoenergetycznych cząstek przesuwający się od strony gwiazdy. Uderzył w magnetosferę trzeciej planety, rozlewając się wokół niej łukiem sięgającym daleko poza orbity księżyców.
Pierwsze skany wykonane po wyjściu z przejścia zawierały już jego ślady. Burza trwała, zanim przybysze znaleźli się w układzie.
Ich pojawienie się niczego nie wywołało.
Mieli jedynie nieszczęście trafić w sam środek zjawiska.
— Wzrost promieniowania jonizującego — zameldował oficer sensorów. — Front dotrze do nas za niecałe dwie minuty.
— Osłony?
— Działają na czterdzieści trzy procent.
Raevor spojrzał na sygnatury okrętów Jedi.
— Zdążymy przejąć Horyzont.
— Jeżeli użyjemy pełnego ciągu, przeciążymy reaktor przed uderzeniem burzy.
— To nie jest propozycja, komandorze.
Dorn wyprostował się.
— W takim razie nie dotrzemy ani do krążownika, ani do planety.
Przez chwilę żaden z nich się nie odezwał.
Raevor znał różnicę między ostrożnością a odmową wykonania rozkazu. Wiedział również, że tym razem zawodowy oficer nie próbował podważyć jego celu. Oceniał jedynie, czy okręt przetrwa dostatecznie długo, aby można było go osiągnąć.
— Ustawić dziób do frontu — zdecydował Sith. — Całą dostępną moc skierować do osłon i napędu.
Dorn wydał rozkazy.
Draaveth rozpoczął powolny zwrot.
Na Horyzoncie alarmy rozległy się kilka sekund później.
Obraz oceanicznego świata zniknął pod warstwą zakłóceń. Odczyty trzech księżyców zaczęły przeskakiwać pomiędzy stanowiskami, jakby każde urządzenie widziało je w innym miejscu.
— Nadchodzi burza cząstek — zameldował operator. — Magnetosfera planety wzmacnia jej oddziaływanie. Front obejmie całą przestrzeń między księżycami.
— Czas?
— Osiemdziesiąt sekund.
Jora otworzyła kanał do pozostałych jednostek.
— Daleki Świt, zbliżyć się do Horyzontu. Utworzyć wspólną osłonę.
W głośnikach odezwały się nakładające na siebie odpowiedzi.
Przystań próbowała zawrócić, ale uszkodzony kolektor nie pozwalał jej uruchomić pełnego ciągu. Straż Szlaku przyspieszała od strony zewnętrznej orbity. Obserwator znajdował się wysoko nad płaszczyzną planetarną i walczył z obrotem, którego nie potrafiły zatrzymać silniki manewrowe.
Kartograf nie odpowiedział.
Na ekranie jego sygnatura przesuwała się ku jednemu z księżyców.
— Oren! — ponowiła wezwanie kapitan. — Zmieńcie kurs. Wchodzicie w studnię grawitacyjną.
Z głośników dobiegł urywany głos badacza.
— …nie możemy… utrata głównego sterowania… księżyc ma atmosferę… spróbujemy wejść…
Transmisję zagłuszył trzask.
— Wysłać prom — poleciła Nemi.
— Nie przejdzie przez front — odpowiedział oficer łączności. — Za chwilę stracimy ich odczyt.
— W takim razie podlećmy bliżej.
Jora pokręciła głową.
— Jeżeli ruszymy za Kartografem, nie zdołamy wyprowadzić Przystani.
— Nie możemy ich zostawić.
— Nie zostawiamy. Oni już spadają.
Pierwsza fala burzy uderzyła w okręty.
Na osłonach Horyzontu rozlało się fioletowe światło. Wszystkie czynne ekrany przygasły jednocześnie, a potem wypełniły się ciągami błędów. Z głębi kadłuba dobiegł niski odgłos pracujących przeciążeniowo generatorów.
Łączność z Kartografem zniknęła.
Sekundę później przestał odpowiadać Obserwator.
Okręt zwiadowczy znajdował się przy innym księżycu. Jego pilot zdołał skierować jednostkę w stronę powierzchni, zanim ostatnie dane o kursie zniknęły z mapy.
Po przeciwnej stronie planety Tropiciel utracił napęd główny. Pęd wyniesiony z przejścia prowadził go ku trzeciemu z naturalnych satelitów. Załoga próbowała uruchomić silniki, lecz kolejne wyładowania przechodziły przez kadłub i wyłączały systemy szybciej, niż technicy potrafili je przywracać.
Trzy okręty oddalały się ku trzem różnym księżycom.
Pozostałe sześć przechwyciła grawitacja planety.
Horyzont wszedł w najwyższe warstwy atmosfery pod zbyt dużym kątem. Osłony zapłonęły czerwonym światłem. Piloci uruchomili silniki, lecz prawy zespół odpowiedział zaledwie połową mocy.
W pobliżu pojawiła się sygnatura Natarcia.
Transportowiec Sithów leciał niemal równolegle. Uszkodzenie dziobu zwiększało opór, obracając jednostkę w stronę krążownika Jedi.
— Zbliżają się — ostrzegł pierwszy oficer.
— Nie kontrolują kursu — odpowiedziała Jora.
— Mogą próbować abordażu.
— W tej prędkości zniszczyliby oba okręty.
Natarcie wystrzeliło krótki impuls z silników bocznych. Nie był to atak. Korekta wystarczyła, aby zwiększyć odległość pomiędzy jednostkami przed wejściem w gęstsze warstwy atmosfery.
Oba okręty nadal opadały ku temu samemu lądowi.
Draaveth próbował utrzymać się ponad linią chmur. Jego masa i osłabiony napęd nie pozwalały wrócić na stabilną orbitę. Drednot opadał w stronę największego widocznego kontynentu.
Na podobnym kursie znajdowała się Przystań.
Transportowiec Dalekiego Świtu nie miał mocy, aby uniknąć przechwycenia przez grawitację. Załoga skierowała jednostkę ku lądowi, wybierając rozległy obszar oddalony od gór i otwartego oceanu.
Raevor dostrzegł jej sygnaturę.
— Jednostka Jedi przed nami.
— Transportowiec logistyczny — odpowiedział Dorn. — Uszkodzony. Nie stanowi zagrożenia.
— Ma załogę.
— Jeśli otworzymy ogień podczas wejścia w atmosferę, stracimy kontrolę nad własnym okrętem.
Sith patrzył na oznaczenie Przystani, dopóki nie zniknęło pod warstwą zakłóceń.
— Utrzymać obecny kurs — rozkazał.
Nie był to akt łaski, lecz chłodna kalkulacja: zniszczenie transportowca nie było warte ryzyka utraty własnego okrętu.
Na innej półkuli Straż Szlaku opadała samotnie ku pasmu lądu przeciętemu szerokimi rzekami. Jej osłony ledwo wytrzymywały tarcie atmosferyczne, a uszkodzone działa pobierały energię potrzebną układom sterowania.
Kaelor rozkazał je wyłączyć.
Okręt odzyskał część mocy, ale nie zdążył zmienić kursu, zanim następne wyładowanie przecięło niebo.
W fioletowym blasku pojawiło się Ostrze.
Jednostka Sithów wychodziła z chmur po tej samej stronie kontynentu. Jej silniki działały, lecz sensory i system celowniczy pozostawały ciemne. Przez kilka sekund oba okręty leciały niemal obok siebie.
Żaden nie otworzył ognia.
Burza rozdzieliła je ponownie.
Ostrze zniknęło w gęstych chmurach, znoszone ku odległemu lądowi po drugiej stronie oceanu. Straż Szlaku opadała dalej, pozostawiając za sobą długi ślad rozgrzanych gazów.
Na Horyzoncie łączność rozpadała się na urwane głosy.
— …Kartograf do wszystkich… rozpoczynamy zejście…
— …Obserwator… powierzchnia księżyca… widzę…
— …Przystań traci prawy…
— …Straż Szlaku… podejście awaryjne…
Potem pozostał tylko szum.
Jora spojrzała na mapę. Nie było już na niej floty.
Poszczególne sygnatury pojawiały się na moment, znikały i wracały w miejscach oddalonych o tysiące kilometrów. Nie mogła wydawać im rozkazów ani poprowadzić ku wspólnemu lądowisku. Nawet gdyby łączność działała, żaden z okrętów nie dysponował mocą potrzebną do zmiany obecnego kursu.
Daleki Świt przestał być ekspedycją.
Stał się pięcioma załogami walczącymi osobno o przetrwanie.
— Wejście w gęstą atmosferę za dwie minuty — zameldował pilot. — Poniżej chmur znajduje się ląd. Nie mam dokładnego obrazu powierzchni.
— Oceany?
— Po obu stronach planowanego korytarza. Jeżeli zmienimy kurs o więcej niż trzy stopnie, miniemy kontynent.
— Nie zmieniamy.
— Nie wiemy, co jest na dole.
Saeva podeszła do stanowiska dowodzenia.
— Życie.
Kapitan spojrzała na nią.
— Jesteś pewna?
— Jest go zbyt wiele, żeby mogło należeć tylko do jednego gatunku. Czuję oceany, lasy i coś jeszcze… świadomości.
— Ludzie?
— Nie wiem. Są zbyt daleko.
Taren nadal stał przy iluminatorze. Nie szukał już Aruuna. Sięgnął ku planecie i natychmiast poczuł ogrom miejsca znajdującego się pod nimi.
Świat nie był pusty.
Nie czekał na przybyszów i nie przywołał ich przez burzę. Żył własnym rytmem, nieświadomy dziewięciu okrętów, które pojawiły się nagle nad jego atmosferą.
— Powierzchnia za dziewięćdziesiąt sekund — ostrzegł pilot.
— Wszystkie sekcje przygotować do lądowania awaryjnego — rozkazała Jora. — Zabezpieczyć rannych. Opróżnić korytarze. Skierować pozostałą moc do osłon dziobowych i sterowania.
Nemi pomogła nauczycielowi zająć miejsce.
— Myślisz, że tam przeżyjemy?
Taren popatrzył na chmury rozstępujące się przed dziobem.
Poniżej pojawił się ciemny zarys lądu, a za nim światło odbite od oceanu.
— Najpierw musimy wylądować.
Horyzont wszedł w burzę.
W różnych częściach planety sześć okrętów przebijało się przez atmosferę. Trzy pozostałe opadały ku powierzchniom księżyców. Żaden nie utrzymywał łączności z pozostałymi.
Dziewięć osobnych smug ognia przecięło niebo nieznanego świata i otaczających go satelitów.
Dla ludzi na pokładach nie był to jeszcze nowy dom.
Był jedynym miejscem, ku któremu mogli spaść.
VIII. Dziewięć ogni

Pierwszy przez chmury przebił się Horyzont.
Ogień otoczył dziób krążownika. Resztki osłon rozbłysły, a potem zgasły. Przez panoramiczny iluminator nie było widać powierzchni — jedynie wirującą szarość przecinaną fioletowymi wyładowaniami.
Jora trzymała dłonie na krawędzi stanowiska dowodzenia.
— Wyrównać lot.
— Prawy silnik nie odpowiada — zameldował pilot. — Repulsory działają na połowie mocy.
— Wykorzystać wszystko, co zostało.
Horyzont wypadł poniżej chmur.
Przed dziobem wyrastało pasmo górskie. Okręt minął pierwszą grań tak blisko, że prawa burta otarła się o skały. Za szczytami rozciągały się lasy i szeroka równina prowadząca ku odległemu oceanowi.
Pilot skierował tam krążownik.
Ostatni ciąg repulsorów uniósł dziób chwilę przed uderzeniem. Dolne pokłady zetknęły się z ziemią, rozrywając poszycie i pozostawiając w gruncie głęboką bruzdę. Horyzont ściął pas lasu, odbił się od skalistego podłoża i zatrzymał u podnóża wzgórz.
Na mostku zapadła cisza.
Potem odezwały się alarmy.
Jora odpięła pasy.
— Rozpocząć ewakuację. Najpierw ranni i sekcje zagrożone pożarem.
Saeva pomogła Nemi wstać. Taren podniósł się sam, opierając dłoń o pękniętą konsolę.
W głębi okrętu ludzie otwierali zablokowane grodzie, gasili ogień i wyciągali rannych z uszkodzonych przedziałów. Działające jeszcze droidy przenosiły wyposażenie medyczne ku głównej śluzie.
Krążownik nie miał już nigdy wznieść się ponad planetę.
Po drugiej stronie gór spadało Natarcie.
Uszkodzony dziób pociągnął jednostkę ku kamienistemu płaskowyżowi. Kapitan Ilyra Kesh odrzuciła przednie zbiorniki i skierowała pozostałą moc do silników manewrowych. Transportowiec Sithów uderzył w powierzchnię pod niewielkim kątem, obrócił się i przeorał ziemię na długości kilku kilometrów.
Kiedy kadłub przestał drżeć, Kesh wyłączyła uzbrojenie.
Pierwszym wydanym przez nią rozkazem nie było poszukiwanie Jedi ani nawiązanie kontaktu z Draavethem.
Nakazała sprawdzić, kto przeżył.
Na innym kontynencie Przystań ledwo minęła skaliste wybrzeże. Prowizorycznie naprawiony kolektor chłodzenia przestał działać, ale ostatnie uruchomienie reaktora wystarczyło, by transportowiec nie wpadł do oceanu.
Okręt osiadł w zielonej dolinie pośród niskich wzgórz.
Bex Orlan wyłączył przegrzewający się rdzeń, a następnie otworzył przejścia do ambulatorium i ładowni. Na pokładzie znajdowali się rozbitkowie z dwóch zniszczonych jednostek. Wielu z nich straciło swój okręt już po raz drugi.
Tym razem mieli pod stopami ziemię.
Straż Szlaku spadła na rozległą równinę pomiędzy rzekami. Korweta przeorała podmokły grunt i zatrzymała się w płytkim rozlewisku. Woda wdarła się do dolnych przedziałów, ale otwarty teren uchronił kadłub przed zderzeniem ze skałami.
Kaelor odzyskał świadomość przy dźwięku alarmu zalania.
— Zamknąć dolne grodzie — powiedział. — Wszyscy zdolni do ruchu mają pomóc rannym.
Nie wiedział, czy inne okręty Dalekiego Świtu przetrwały.
Daleko na południu Ostrze uderzyło w lodowiec schodzący ku ciemnemu oceanowi. Jednostka Sithów przebiła ścianę śniegu i zatrzymała się przy skalnym wybrzeżu.
Mróz wdarł się do otwartych sekcji.
Załoga uszczelniła ocalałą część kadłuba i skierowała ciepło z reaktora do przedziałów mieszkalnych. Ludzie, którzy wcześniej polowali na ekspedycję Jedi, rozbierali teraz magazyny uzbrojenia, aby budować osłony przed wiatrem.
Nad planetą trzy pozostałe jednostki znikały kolejno za horyzontami jej księżyców.
Obserwator osiadł na dnie rozległego krateru. Kadłub pozostał szczelny, lecz główne sensory i silniki nie odpowiadały. Załoga mogła jedynie rozstawić przenośne generatory i patrzeć przez iluminatory na niebieską planetę zawieszoną nad skalistym horyzontem.
Tropiciel uderzył w zbocze szerokiej doliny na drugim księżycu. Ostatnie paliwo zużyto na powstrzymanie jednostki przed zsunięciem się w głębszą część rozpadliny. Gdy silniki ucichły, nie działał już żaden nadajnik zdolny dosięgnąć Draavetha.
Kartograf przebił się przez atmosferę trzeciego satelity i osiadł na równinie pokrytej ciemnym lodem. Oren Vask poświęcił zasilanie archiwów, aby utrzymać osłony oraz systemy podtrzymywania życia.
Dane przetrwały.
Ludzie również.
Draaveth spadał ostatni.
Drednot nie został zaprojektowany do lądowania na powierzchni planety. Nie miał podpór zdolnych utrzymać jego masę ani repulsorów wystarczająco silnych, by zatrzymać upadek. Silniki mogły jedynie zmniejszyć prędkość i odsunąć okręt od skalnych wzniesień.
Dorn wybrał szeroką równinę ciągnącą się ku południowemu wybrzeżu.
— Odrzucić zewnętrzne magazyny amunicji — rozkazał. — Wygasić baterie i skierować całą moc do silników dziobowych.
Raevor zwrócił się ku niemu.
— Nie porzucimy uzbrojenia.
Komandor wskazał przewidywane miejsce uderzenia.
— Możemy zachować baterie albo spróbować przeżyć. Nie zdołamy zrobić jednego i drugiego.
Lord Sithów patrzył na wyliczenia do ostatniej chwili.
— Odrzucić magazyny.
Opancerzone moduły odłączyły się od burt. Spadały osobno, pozostawiając na niebie mniejsze smugi ognia.
Drednot wyrównał lot tuż nad powierzchnią.
Pierwsze uderzenie rozerwało dolną część kadłuba. Okręt przeorał skalisty grunt, przewrócił kilka kamiennych kolumn i zatrzymał się u podnóża wzniesienia.
Siła zderzenia wygasiła wszystkie systemy.
Na mostku zgasły światła. Po kilku sekundach włączyło się czerwone oświetlenie awaryjne.
Raevor leżał przy rozbitej konsoli.
Żył.
Dorn również.
Żaden z nich nie wiedział jeszcze, gdzie znajdowali się Jedi.
Nie wiedzieli, które z pozostałych okrętów przetrwały ani czy istniała droga powrotna. Nie rozumieli świata, który przywitał ich ogniem, burzą i kamieniem.
Komandor spróbował się podnieść.
— Stan załogi — powiedział.
Z ciemności odpowiedziały pierwsze głosy.
Na planecie i jej księżycach dogasały smugi pozostawione przez spadające okręty.
Horyzont i Natarcie spoczęły na tym samym rozległym kontynencie, rozdzielone pasmem górskim. Draaveth i Przystań znalazły się na innym lądzie, oddalone od siebie o setki kilometrów. Straż Szlaku oraz Ostrze trafiły na dwa pozostałe kontynenty.
Każdy z trzech pozostałych okrętów zakończył podróż na innym księżycu.
Purrgile zniknęły w ciemności.
Dziewięć załóg budziło się przy rozbitych jednostkach, rozdzielonych przez oceany, góry i pustkę między planetą a jej trzema księżycami. Jedi utracili kontakt z Zakonem i Republiką. Sithowie utracili kontakt z Imperium, które nadawało znaczenie ich rozkazom. Żołnierze, badacze, technicy i uczniowie zostali odcięci od wszystkiego, co znali.
Nikt nie zwyciężył.
Tego dnia nie powstała jeszcze nowa wspólnota.
Nie zawarto pokoju.
Nie odrzucono dawnych przysiąg ani nienawiści.
Był tylko dym unoszący się nad wrakami, ciche sygnały ratunkowe i ludzie budzący się w świecie, którego nazwy jeszcze nie znali.
Dopiero później nazwano to wydarzenie Exodusem.
Dla tych, którzy przeżyli, był to początek nowego życia w świecie, który dopiero mieli uczynić swoim domem.
Koniec
